niedziela, 23 listopada 2014

IV Salon Ciekawej Książki

Dawno nie pisałem. Dawno weny nie było. Ani tym bardziej czasu.
Wstyd.

Niemalże rok temu założyłem tego bloga.  Zaciekawiony, jak to jest pisać. Inspiracją była też i konferencja o e-czytaniu - a dokładniej - blogerzy tam zapoznani. Długo rosła i przemieniła się w dzieło. Czy może zwyczajniej - w czyn.

Mój pierwszy wpis dotyczył Salonu Ciekawej Książki.
Z Salonem jestem poniekąd związany. W pewnym stopniu praca mnie wiąże. Ale obok tej pracy jest i sympatia, sentyment, ludzie, rodzaj zaangażowania w sprawę.

Ubiegłoroczna edycja Targów zbiegła się z podsumowaniem Roku Juliana Tuwima.  Nie brakowało imprez zamykających ten czas. Także i targowych, choć taką symboliczną i podsumowującą klauzurą było wręczenie Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima.  Nagrody i nowej, i starej. Nowej, bo wręczanej w 2013 r. po raz pierwszy; starej - bo nawiązującej do tradycji Nagrody Literackiej Miasta Łodzi - przedwojennej Łodzi.

Wyróżnienie to zostało wręczone na zamknięcie Festiwalu Puls Literatury, zaś pierwszym laureatem - laureatką stała się pani Magdalena Tulli. I jeśli coś w tym 2013 r. mogło budzić niedosyt, to fakt, że Salon Ciekawej Książki oraz Puls Literatury rozminęły się wówczas zupełnie. Na czym straciły obie imprezy, na czym na pewno trochę w tym tuwimowskim roku straciła i Łódź.

W tym roku jest inaczej:)
28 listopada wystartuje Salon Ciekawej Książki.
Wtedy też, w murach Centralnego Muzeum Włókiennictwa nastąpi oficjalnie otwarcie VIII edycji Festiwalu Puls Literatury.
Skorzystają na tym wszyscy. Czytelnicy, wydawnictwa, autorzy. 
Wreszcie i Łódź skorzysta.
Zanosi się na bardzo dobry czas dla miłośników literatury.

W ramach obu imprez nie zabraknie dobrych spotkań autorskich, paneli dyskusyjnych, warsztatów.

Wśród nich odbędą się także wydarzenia organizowane przez moje Wydawnictwo, 
którymi aż miło jest mi się pochwalić. Tym bardziej, że jest to już kontynuacja działań i starań, które, mam nadzieję, że w przyszłości też będą się z powodzeniem działy :)

A tymczasem prezentuję nasz salonowy rozkład jazdy. 

Keep calm and enjoy :)!


***



Od wojny do UE – współczesna Chorwacja

28 listopada 2014 (piątek)

godz. 17:00

sala B (czerwona)

Tradycyjnie podczas pierwszego dnia targów porozmawiamy o problematyce bałkańskiej z ekspertami z Centrum Naukowo-Badawczego Bałkany na przełomie XX/XXI w. 
Zapraszamy na panel dyskusyjny oraz promocję książki dr. Konrada Składowskiego
System rządów w Republice Chorwacji z serii wydawniczej „Bałkany XX/XXI w.

W tym roku podyskutujemy o Chorwacji, która przeszła długą drogę: z kraju rządzonego autorytarnie, ogarniętego wojną i izolowanego na arenie międzynarodowej stała się członkiem Unii Europejskiej i jedną z ważniejszych turystycznych destynacji.
Spotkanie będzie okazją do debaty nad dokonaniami i perspektywami na przyszłość tego bałkańskiego kraju.

Więcej na www.ksiegarnia.uni.lodz.pl
oraz na profilu wydarzenia w portalu Facebook.com




Adaptacje filmowe prozy Bohumila Hrabala

 spotkanie z Maciejem Robertem

29 listopada 2014 (sobota)

godz. 16:30

sala B (czerwona)

W tym roku przypada 100. rocznica urodzin Bohumila Hrabala.
Tym bardziej miło nam zaprosić Państwa na spotkanie z Maciejem Robertem, poetą, dziennikarzem, krytykiem literackim i filmowym, autorem publikacji
Skowronki i perełki.
Adaptacje filmowe prozy Bohumila Hrabala
Praca poświęcona jest ekranizacjom prozy jednego z najwybitniejszych pisarzy czeskich XX wieku. Autor analizuje dziewięć filmów. Poszczególne rozdziały wpisują filmoznawczą analizę w szeroki kontekst – antropologiczny, historyczny, filozoficzny i socjologiczny, co ma w zamierzeniu oddać wewnętrzne bogactwo omawianych utworów. W polskim piśmiennictwie naukowym jest publikacją pionierską – to pierwsza tak obszerna pozycja przynosząca analizy utworów Hrabala, a zwłaszcza ich ekranizacji.

Więcej na www.ksiegarnia.uni.lodz.pl
oraz na profilu wydarzenia w portalu Facebook.com




Taneczny umysł

 spotkanie z Tomaszem Ciesielskim

30 listopada  2014 (niedziela)

godz. 11:00

sala B (czerwona)
 
Ciało w ruchu językiem myśli?
Taniec widzialną formą filozoficznej refleksji estetycznej i etycznej?
Poznanie emocjonalne – szósty zmysł?

Taniec zwykle widziany jest jako, w najlepszym wypadku, oczyszczająca rozrywka, która pozwala oderwać się od codziennego natłoku myśli i dać fizyczno-estetyczną przyjemność. Dzisiaj okazuje się, że ta istotnie piękna forma ruchu to coś o wiele większego – głęboka i nieoczywista forma wewnętrznej refleksji, w której w niezwykły sposób uczestniczyć może także umysł widza.
Między innymi o tym opowie Tomasz Ciesielski, performer, tancerz, badacz teatru, autor publikacji 
Taneczny umysł
Teatr ruchu i tańca w perspektywie neurokognitywistycznej

Więcej na www.ksiegarnia.uni.lodz.pl
oraz na profilu wydarzenia w portalu Facebook.com


Wszystkie wydarzenia odbywają się w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi
przy ul. Piotrkowskiej 282, w sali B













Łukasz Orzechowski







niedziela, 26 października 2014

Kraków

Zdarza się wykonywać czynności powtarzane.

Kawę, herbatę zdarza się robić co dzień.
Do książki/filmu wracać.
Zakochiwać się po raz wtóry i co dzień w tej samej osobie.

Zdarza się wreszcie jeździć w te same miejsca, od lat.

Od kilku lat jesiennie podróżuję. Podróżuję tradycyjnie na targi książki, m.in. do Krakowa.
Kraków powtarzalnie jest wyjątkowy. Nawet jesienny, nieco zachmurzony, płaczliwy, chłodnawy – przyciąga.

Od lat odbywają się tu Targi Książki. To już pełnoletnia impreza – w tym roku dzieje się po raz 18.
A po raz pierwszy ze statusem międzynarodowym.
Odbywa się w nowym miejscu, w nowej hali, ulokowanej pomiędzy elektrociepłownią a pustostanem. Zwłaszcza, przy zachmurzonym niebie, sprawia to przygnębiające wrażenie. A odległość od czegokolwiek cywilizacyjnego to zgrzyt.

Nowohucki krajobraz. 

Choć przynajmniej - oswojony - przez około 60 tys. miłośników książek, którzy przeszli przez teren Targów.


***

Wyjazd tu to dla mnie miła odskocznia. Inna przestrzeń. Znajome twarze. Mnogość wszystkiego i wszystkich. Szczęśliwie lub nie – jednak do ogarnięcia.

Kraków działa inspirująco.
Jest tu czas na wyciszenie. I czas na zachwyt.
A podczas Targów Książki tutejszych znajdzie się także czas na dyskusję - wokół książki.

Taki też krakowski - jest ten tekst.

***

Moje Wydawnictwo na tle innych targowych to maleństwo. 6 metrów powierzchni. Niewiele ponad sto tytułów. Niskonakładowych. Naukowych. Jednak w grupie raźniej. A grupa spora.
Wśród masy wydawnictw nie brakuje tych naukowych – uczelnianych. Z misją.
Kaganek oświaty i te sprawy.

Nie kaganiec (zasłyszane z autobusu - kaganiec oświaty. Może chodziło o cenzurę?)

Wydawnictwa te trzymają się razem.

Wspólnie walczymy. Negocjujemy nasze sprawy. Załatwiamy. Sympatycznie i z życzliwością.
Lubię to.

W tle różnych zdarzeń są i debaty. Dyskusje.
Na jednej z ich dowiedziałem się, że wg badań raptem
20% klientów księgarń wie, czego chce

Wie, po co przychodzi. Cała reszta – działa impulsywnie.
A impuls wiadomo – kolor, hałas, krzyk z witryny. Promocja.

Seks Jaruzuelskiego i jego kochanki – najlepiej w  promocyjnej cenie z podtytułem, – nieopublikowane zapiski dziennika skromnej komunistki – lub – jeszcze lepiej – opozycjonistki – to byłby tytuł. Byłby temat. Impuls.

Moimi tytułami trzeba walczyć jednak inaczej.
Na tej samej debacie dowiedziałem się, by księgarze (jeśli chcą funkcjonować) przenosili swoją działalność handlową i kulturotwórczą do centrów handlowych. Dla pojedynczych podmiotów gospodarczych pomysł nierealny. Dla sieciówek - jak pokazuje praktyka – całkiem trafny.

Czy zatem stanie się w końcu nierealne księgarstwo tradycyjne. Księgarstwo po prostu?

***

W tle tych debat krąży temat tzw. ustawy francuskiej,
regulującej ceny książek.

Wszędzie miałaby kosztować tyle samo, za wyjątkiem kilku, ścisłe określonych sytuacji (np. na targach klient miałby okazję nabyć książkę z 15% rabatem). Cel – ochrona niesieciowych księgarń oraz zwiększenie poziomu czytelnictwa.

Potencjalny czytelnik miałby być wabiony poziomem merytorycznym pracowników księgarni, jej ofertą, klimatem, nie zaś ceną.

Pomysł tyleż, co dobry w teorii, w praktyce – niepraktyczny. Bo okaże się, że owszem – w sieciówie czy w księgarni niewielkiej tytuł x będzie kosztował tyle samo. Ale w tej pierwszej klient kupując książkę otrzymać może rabat na płytę CD, jakiś miły gadżet, zniżkę lojalnościową na kolejne zakupy.

Będzie to możliwe, bo to cena detaliczna ma być równa, nie zaś hurtowa – w praktyce w nowych warunkach – decydująca w dużym stopniu o przewadze konkurencyjnej mocniejszych podmiotów.

Odnoszę wrażenie, że proponowane rozwiązania niewiele pomogą małym księgarzom.
A może i czytelnikom zaszkodzą.

To wspomniane 20% osób, które przychodzą do księgarń wiedząc, czego chce – być może to odsetek tych, którzy mogą pozwolić sobie na planowy zakup książki? Pozostała zaś cześć – może rozeznaje aktualne promocje? I pod wpływem ceny – rzeczywiście działa impulsywnie.

Nie wiem, czy tak jest. Nie znam też metodologii badania. Niemniej – nie jest powiedziane, że sztywne ceny książek, zwłaszcza, jeśli te będą wysoko kalkulowane, zniechęcą czytelników.

***

Nieduży wydawcy akademiccy działają wspólnie.

Księgarze – z pewnością też przyjmują wspólny front, choć nie wiem, jak bardzo skutecznie i konsekwentnie realizują swoją politykę.
Powinni naciskać, by nazywać rzeczy po imieniu. Ściśle określić, czym jest księgarnia. Tj. pozostawić tam wyłącznie książki. Oferować rzetelną wiedzę pracowników. Pasję załogi. Kulturotwórczą funkcję spełniać.  Wówczas może ustawa o jednolitej cenie książki może miała by sens i spełniłaby pokładane w niej nadzieje?











Łukasz Orzechowski















środa, 1 października 2014

Niepokojąca współczesność

Pod koniec wakacji miałem okazję obejrzeć Odyseję kosmiczną 2001, po raz pierwszy na srebrnym ekranie. O tym, że jest to zjawisko, przekonywać nie trzeba. To jeden z tych obrazów. Po prostu tych.

Część pierwsza filmu poświęcona jest początkom ludzkości. Widzimy człekokształtne istoty zajadle walczące między sobą, o siebie. Istoty prymitywne i bojaźliwe, lękające się przyrody, dzikich zwierząt, śmierci; pełne troski o potomstwo, o swoich.
Po ludzku -  są nam bliskie

Przełom rozwojowy nadchodzi wraz pojawieniem się monolitu -  wczesnej ludzkości objawia się prostopadłościan, ciemny, grafitowy, matematycznie doskonały, ponadczasowy, spójny z tym, co tam na górze, choć znajduje się tu - na ziemi.
Po zetknięciu się z tym cudem następuje przemiana. Jeden z przedstawicieli praczłowieka odkrywa pierwsze prymitywne narzędzie - uczy posługiwać się kością. Rozłupuje nią inne kości. Używa przy polowaniu. Używa w  w walce.

Kolejne epizody pokazują już zupełnie inne miejsce człowieka.

Tym razem jest jest on świadomym zdobywcą kosmosu. Technologicznie przekracza granice. Bada i zdobywa nieskończone światy.

Na księżycu odnajduje przypadkiem monolit. Taki sam, który przemienił praczłowieka. Podobnie, jak przed tysiącami lat, obiekt budzi  zdumienie i jest zupełnie niezrozumiały. Zachowanie i podekscytowanie ludzi niewiele odbiegają od reakcji ich protoplastów.

Monolit wysyła sygnał ciągły w stronę Saturna, za którym podążają ludzie - wyrusza międzyplanetarna wyprawa. Podczas niej człowiek staje poniekąd twarzą w twarz z samym sobą. Konfrontuje się z superkomputerem, który kieruje misją. Hal 9000 to doskonalsze wcielenie ludzkości. Obdarzony jest sztuczną inteligencją, indywidualną osobowością, poczuciem jestestwa.

I mimo wszystko popełnia błąd. Popada w obłęd, wariuje. Zabija ludzi.

Później okazuje się, że oszalał, ponieważ nakazano mu kłamać. A tego nie potrafił. Nie rozumiał. W końcu sam zginął, został unicestwiony przez jedyną ocalałą z załogi osobę, Davida Bowmana, kapitana statku. Doleciał on do celu podróży i pod wpływem obcej siły stał się zalążkiem czegoś doskonalszego, co w kolejnej części - Odysei 2010 (reż. P. Hyams) 
uratowało ludzkość przed zimnowojenną zagładą.

Jest w tej historii coś niepokojącego.

***

Oglądając film odnosi się wrażenie, że wszystko jest nierealne. 

Przeszłość jest tak zamierzchła, że prawie poza czasem, zaś przyszłość tak doskonała, że aż nadto odległa, by znając realia współczesności  przyjąć ją za swoją, spodziewaną.

W tych dwóch różnych światach człowiek chce żyć.
Chce zdobywać nowe światy. Dla praczłowieka novum była przestrzeń, woda, ląd. Później - wyzwaniem stał się wszechświat cały. Jeden i drugi człowiek - lękają się śmierci. Tak samo, obaj troszczą się o najbliższych. O swoich kochanych.

Obojgu brakuje pokory - ten pierwszy z podniesiona głową ruszy na podbój plemienia obok, ten drugi wcieli się w twórcę sztuczniej inteligencji naśladującej rozumowanie człowieka.
Wreszcie - ci sami ludzie walczą. Między sobą. Praczłowiek zatłucze swojego pobratymca. 
Człowiek Odysei spiskując - pośrednio też zabije. 

W tych nierealnych światach Kubrick realnie naszkicował naturę człowieka. 

Naturę niezmienną. Nie ulega ona ewolucji od prymitywnej formy, ani pod wpływem intelektualnego rozwoju, ani wskutek działania postępu. Co najwyżej czynniki te dodają jej tylko stosowny i powierzchowny szlif. 

*** 
Nie raz wspominałem, że historia nie jest nauczycielką życia, że mimo wszelkich analogii nie jest i powtarzalna. Zawsze są różne konteksty nadające nowy sens podobnym wydarzeniom, procesom, pozwalające im istnieć i funkcjonować w kolejnych nowych odsłonach. Czasem jest to wtórne dobro, częściej jednak - jakby zło. Bardzo chciałbym, by tak nie było.

Tymczasem jednak współczesność mnie niepokoi, jak nigdy.

Jakby coś wisiało w powietrzu. Jakby coś wydarzyć się miało. Niepokoi mnie wojna na Ukrainie.  Niepokoi mnie Islam. Niepokoi mnie wirus eboli. Potencjalna jego inwazja terrorystyczna na świat. Niepokoi mnie Internet i jego moce. Niepokoją mnie ludzie.

Najbardziej niepokoi mnie to, że zawodzi wiara. 

Wiara w postęp. W rozwój, który miałby moc zmienić ludzkość. Zaprowadzić do pokoju. Wyzbyć z niej najbrutalniejsze instynkty, które czasem kryją się za wyrachowaniem. 

Niepokoi to, że wydaje się, że Kubrick szczególnie w tym aspekcie się nie pomylił - że człowiek nigdy się nie zmieni, niezależnie, czy jest u początku swojej drogi dziejowej, czy też już na bardzo zaawansowanym jej etapie. 

W Odysei 2010 ratunek i opamiętanie ludzkości przyniosła dopiero obca siła. 



Niepokojąca współczesność







Łukasz Orzechowski

poniedziałek, 15 września 2014

Statystyka, głupcze!

Kiedyś taką historię słyszałem, wspominającą stare czasy, od miłej pani z pracy.

Wspominki dotyczyły spisów inwentaryzacyjnych prowadzonych w czasach PRL-u w jednej z podłódzkich wsi. Pan spisujący liczbę inwentarza w każdym gospodarstwie miał manierę zaokrąglać ją do okrągłych wartości. I tak np. z 8 kurek na papierze było już ich 10, z 4 krówek już 5 itd.
Statystyki, na pohybel wiadomo komu, szły w górę.


***

W ostatni piątek ogłoszono wyniki poprawkowych egzaminów maturalnych
.

Wcześniejsze - wiosenne - nie napawały optymizmem. Maturę w maju i czerwcu zdało zaledwie 71% maturzystów. Niepokoiły zwłaszcza rezultaty egzaminu z matematyki, gdzie 1/4 zdających nie uzyskała zaliczających 30 procent.

Statystyki siadły. Powierzchownie szukano winnych. Nauczyciele. Rocznik. Aura. O reformie szkolnictwa, czy programie nauczania niewielu jednak wspominało

Matematyka, tegoroczna zmora, w porównaniu z majowymi zmaganiami w sierpniu poszła lepiej. Uczniowie przysiedli do nauki. Szczęśliwie też - poprawkowe zestawy egzaminacyjne - w porównaniu z ich majowymi odpowiednikami - okazały się być po prostu łatwiejsze.

W systemie, gdzie przy rekrutacji na studia liczy się ilość zdobytych punktów maturalnych okazało się, że korzystniej było zdać egzamin w drugim terminie i uzyskać więcej punktów, niż w pierwszym zaliczyć test, ale z słabszymi wynikami. W perspektywie poprawkowe świadectwo może być mocniejsze.

Ministerstwo Edukacji Narodowej po czerwcowej sytuacji chciało wyjść z twarzą, poprawić wrażenie i statystyki. Puszczając w obieg nieco lżejsze zestawy poprawiło je, choć - jak się okazuje - tylko nieznacznie. Udzieliło też przy tym tegorocznym (a być może także i przyszłym) maturzystom gorzką lekcję cwaniactwa.

Ostatecznie maturę w 2014 r. uzyskało 82% absolwentów. To najsłabszy wynik od 2005 r.

***

Z początku zdumiony byłem. Dziwiły mnie czerwcowe wypowiedzi Ministerstwa, które wskazywały, jak powierzchowne były analizy wyników maturalnych oraz proste sposoby szukania przyczyn klęski. Zaskoczyły mnie także łatwiejsze sierpniowe zestawy z matematyki.

***

Paradygmat mówi - że złe statystyki są złe, a dobre są dobre. W związku z tym należy się starać, by zawsze były dobre. Sposób ich poprawienia i interpretowania - jak pokazuje praktyka - jest kwestią drugorzędną. A liczyć, mierzyć, przesuwać, rachować, kombinować, by uzyskać zadowalające wyniki, można w przeróżny sposób.

W tym roku mieliśmy tego wymierny przykład przyglądając się, jak rząd unika przekroczenia progu 55% zadłużenia publicznego ot tak przesuwając środki zgromadzone w Otwartych Funduszach Emerytalnych do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nieco mniej spektakularny zabieg zastosowano pod koniec ubiegłego roku przy zmianie wysokości kwoty stanowiącej o kradzieży. I tak próg z 250 zł przesunięto do 400 zł - dopiero kradzież powyżej tej sumy traktowana jest jako przestępstwo. Statystycznie liczba przestępstw spada. Ostatnio zaś pojawiają się statystyczne wyliczenia na temat szarej strefy i potencjalnego jej wpływu na wzrost polskiego PKB. Coś się szykuje?

***

Mimo, że coraz trudniej w to uwierzyć, to matura jest egzaminem dojrzałości, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami.

Ponownie niedowierzając, muszę się z tym z godzić.

Bo przecież -  w pewnym sensie podsumowuje przedsmak dorosłego życia.
 

Za abiturientem wpierw są lata edukacji, niewolne od reform, czy zmian przeprowadzanych podczas cyklu nauczania. Bywa, że to czas styczności z  nauczycielami, którzy uczyć z różnych powodów nie powinni. W między czasie, przy kolejnych zmianach szkół, uczeń odnosi wrażenie, że z niektórych przedmiotów niewiele poszerza już swoje horyzonty, powtarzając/odświeżając zdobyte informacje. Nabiera za to wprawy w rozwiązywaniu sztywnych, bezrefleksyjnych testów. Na końcu wreszcie czeka go egzamin, gdzie już 30% zdobytych punktów zalicza. Próg ten z w pewnością i niektórych maturzystów zadziwia. To cwany zabieg statystyczny, który broni system edukacji oraz reformę. Gdy coś jednak nie idzie, to pojawia się powierzchowna analiza. Gdy to nie wystarcza, to są jeszcze kosmetyczne zmiany.

Przyjmuje się wreszcie, że zdawalność egzaminu, gdzie do zaliczenia niezbędne jest raptem 30% punktów, na poziomie osiemdziesięciu kilku procent jest ok. Że uczelnie wyższe bezpodstawnie zgłaszają uwagi do przygotowania merytorycznego studentów pierwszego roku, rekrutując ich mimo to możliwie wielu.

Wszystko to razem sprawia, że absolwenci szkół ponadgimnazjalnych otrzymują bezcenną praktyczną lekcję życia. Na własnej skórze poczuć mogą względność wyników statystycznych, mętlik, niestabilność, umowność zasad, niekompetencję oraz cwane praktyki zarządzania. Statystycznego.


















Łukasz Orzechowski

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rokiś

Bywam sentymentalny. 
Wracam czasem myślami do neonu z Centralu w Łodzi
Nieraz dźwięki przywołują wspomnienia. Mam i swój nowy rok
A - i swoją książkę z dzieciństwa. 

Korzystając z urlopowego czasu wziąłem się za wszelkie sprawunki, które na co dzień zdarza się mi zaniedbywać. Przetrzepałem m.in biblioteczkę, przeczyściłem kurze, zaniepokoiłem roztocza, dotarłem do najstarszych książek.

Okazało się, że wśród nich był diabełek.

Diabełek Rokita

Rokiś jest postacią skrupulatnie opisaną przez Joannę Papuzińską - autorkę wielu wydawnictw dla dzieci. Ta "bestia" z ludowych podań zagościła u niej w wyobraźni, z wyobraźni wskoczyła do pióra, a z pióra - dalej - na papier hop.

Efektem tego stały się książeczki opisujące przygody, sympatycznego, choć - bądź co bądź - diabełka.

I znając jego usposobienie - jestem niemalże na 100% pewien, że proces twórczy wyglądał tak, jak go wyżej opisałem - Rokiś hasał.

W mojej biblioteczce uchowało się wydanie z 1988 r. pod wdzięcznym tytułem:

Rokiś. A gdzie ja się, biedniuteński, podzieję.


To książka, którą czytała mi moja Mama. Pamiętam, że domagałem się tego zawzięcie.
Później czytałem ją już i sam. 

Po latach z przyjemnością przekartkowałem Rokisia. Byłem ciekawy, co mnie w nim mogło za dzieciaka zachęcać. Bo szczerze przyznam - przygód sympatycznego diabełka nie pamiętałem.

W pierwszej chwili zaskoczony byłem ascetyczną formą książki. Żadnych  prawie obrazków. Nic szczególnego. 

Tylko wyobraźnia. I aż wyobraźnia.

Oczywiście, na kartkowaniu się nie skończyło. I tak oto, w dwa wieczory, przeczytałem przygody poczciwca z dzieciństwa. 

Na początku padłem śmiechem. Pierwszy rozdział nosi tytuł

Dziwne skutki budowy autostrad, 
czyli o tym, jak tata siedział na wierzbie

Przypomnę, że mamy rok 1988 r. Zaś tytuł, (przynajmniej jego część pierwsza) przez lata mógł być pigułą absurdu lub żartem towarzyskim. 
Co lepsze - w obecnych realiach - on ciągle może tym być.

Słowo wyjaśnienia - Rokiś zamieszkiwał wierzby, co przy drodze rosły. Wierzby te, z uwagi na budowę autostrad, wycinane były. Biedak - nie miał, gdzie się podziać. Spotkał wymienionego tatę, któremu skrył się w teczce. I tak Rokita trafił do miasta, gdzie poznawał uroku ludzkiego życia z Kaśką, która - zdaje się - momentami opowiada nam historię.

Przygody Rokity i bawią, i śmieszą.

Jednak - nie są naiwne. Czytelnik traktowany jest poważnie. Nie ma tu banalnych, przesłodzonych treści. Są opowieści z pogranicza rzeczywistości i innego świata. 
Wszystkie jednak sprowadzają się dobra.
Do sprawiedliwości, którą to sprawiedliwość i figlarz Rokita rozumie. Mimo przekorności,  akceptuje i propaguje. Mimo, że to diabeł. 

Wśród przygód rokisiowych nie brakuje odniesień do przywar ludzkich. Nałogów. Czy do takich powtarzalnych charakterów, co czasem bawią lub złoszczą albo inspirują - co zawsze, w każdych czasach - są. Nie brakuje i odniesień do historii oraz, co oczywiste, do magii. Wszystko podane z wspomnianym humorem, jakby przez świetnego kumpla z dzieciństwa. Takiego, co na trzepak łaził i do sadu skakał. 

Bo Rokiś - kumpelski się wydaje. Nie moralizuje. I on nie jest przesadnie moralizowany. Ma coś w sobie takiego, co sprawia, że każdy dzieciak chciałby go właśnie za kumpla mieć. I pewnie przez to tak trafiał w gusta dzieciaków. On i jego przygody. Wbrew diabelskim pozorom - wiele ucząc.

Ciekawe, czy dziś działa podobnie?

Książka wpadła mi w ręce przypadkiem, dzięki czemu odświeżyłem sobie chwile, mniej więcej sprzed ćwierćwiecza. Przedziwne z jednej strony uczucie. 

***

Zupełnie niedawno miałem okazję spotkać panią Joannę Papuzińską. Szkoda, że nie skojarzyłem jej od ręki z Rokisiem. Może będzie jeszcze okazja? 
Wówczas i podziękuję. 
A myślę też, że uśmiejemy się także z przedziwnych skutków budowy autostrad - występujących  zarówno wtedy, jak i dziś. 
















Łukasz Orzechowski 



środa, 13 sierpnia 2014

Bratnia pomoc

Historia z perspektywy potrafi i bawić. 

Niefrasobliwość jednostek, czy naiwność decydentów nieraz wywoływały wśród patrzących w przeszłość uśmiech politowania. 
Czasem oglądając się za siebie nie sposób także nie uśmiać się i zupełnie szczerze – zabawne teksty propagandowe, czy różnego rodzaju absurdalne, komiczne sytuacje, mimo że kryły ponurą rzeczywistość, potrafiły i potrafią bawić.

Z perspektywy także, jeśli już nie bawią, to bulwersują, czy wzbudzają emocje zachowania tych osób, które mogły coś zrobić, a nie zrobiły nic. Tu budzi się irytacja. Czasem – niezrozumienie realiów polityki. Lub złość na krótkowzroczność ówczesnych.

Wreszcie – i zadziwia, i bulwersuje nieraz tupet agresorów, ich arogancja, cynizm oraz ignorancja wszelkich norm i postanowień. 

Oczywiście, nie tylko historia zna takie przypadki. Współczesność uprawia je wcale nie gorzej.
I może to jest zaskakujące najbardziej? A może jest to zupełnie naturalne, że nie uczymy się na historii. Jak wspominałem już kiedyś – w moim odczuciu ta druga opcja jest bardziej prawdziwa. Zmieniają się wyłącznie konteksty działań.

***

Jednak i tak się dziwiłem nieraz i dziwię obecnie.

Dziwiłem się wielkiej olimpiadzie Putina. Odsłaniała wszelkie kompleksy Rosji, o których pewnie ona sama chciałaby już zapomnieć - jej imperialne zaszłości, stary system doglądających "carskich" rządów, czy wreszcie, budzącą uśmiech (sic!) politowania – „gospodarność” oraz słynne na cały świat wpadki organizacyjne, czy budowlane.

Dziwiłem się Majdanowi. Sposobom rozwiązywania sytuacji kryzysowej, prowadzących do najgorszych konfrontacji. Arogancji (sic!) władzy ukraińskiej inspirowanej wiatrem ze wschodu.

Dziwiłem się wreszcie aneksji Krymu – temu, że tak łatwo na nogi wstaje imperium Putina łamiąc (sic!) zawarte postanowienia międzynarodowe. Bez specjalnego ceremoniału. W tle - jak zawsze - Europy mocno zaangażowanej. Europy, która nie zrobiła nic (sic!).

Dziwiłem się także widząc JE Włodzimierza Putina w Normandii na obchodach 70 rocznicy D-Day, który przechadzał się wśród współczesnych naiwnych (sic!) decydentów.

Dziwię się i teraz, gdy okazuje się, że strącony samolot pasażerski z blisko 300 osobami na pokładzie to za mało, by wywrzeć presję na państwo moralnie odpowiedzialne za tragedię.
Nie mogę zrozumieć, jaki tupet (sic!) pozwala przekonywać, że w samolocie przewożone były zwłoki.

Dziwię się wreszcie, gdy państwo atakujące inne państwo organizuje konwój humanitarny niosący pomoc mieszkańcom strony napadniętej.

***
Ku granicom Ukrainy zmierza teraz konwój

Humanitarny. Jadą białe Kamazy (ponoć świeżo przemalowane z zielonej barwy moro). Wiadomo - wiozą żywność, leki, koce, generatory prądu, ubrania, wodę itp. Co bardziej przezorni przewidują, że pomiędzy ryżem a kaszą upchnięte są kałachy, w apteczkach granaty, a w foszerkach lub na pakach, po kątach rozstawieni żołnierze. Po dwóch na auto.

Granica pomiędzy zwaśnionymi stronami jest dziurawa jak sito i nie jest tajemnicą, że broń, zaopatrzenie i żołnierze są przerzucani bez większego problemu już teraz. To, co pojawi się na granicy, rzeczywiście może wieźć dary. Ale to, co odbije wcześniej, może przewozić wszystko. I o tym nikt się nie dowie.

***

Historia uczy, że pomoc ze wschodu jest niczym niedźwiedzia przysługa

(jak na ironię, jedna z niewielu przyswojonych nauk przeszłości) 
co w tym kontekście podwójnie oddaje istotę sprawy, biorąc pod uwagę, iż na wschodzie niedźwiedź właśnie stoi i grozi.

Ukraina nie przyjąć pomocy nie może. Czy wyegzekwuje przeładowanie towarów na swoje pojazdy? Szczerze wątpię. Czy wszystkie rosyjskie ciężarówki dotrą na przejście graniczne? Na to też niekoniecznie można liczyć.
W każdym razie Rosja wspomoże umęczonych cywili, zawalczy o rząd wdzięcznych dusz. Rzuci przy okazji po cichu coś i separatystom. Uśmiechnie się cynicznie (sic!) do kamer zachodnich telewizji. Propagandowo wygra. Zwłaszcza u siebie.

Co najważniejsze, stanie się partnerem do rozmów na temat rozwiązania problemu, zaprowadzenia porządków (nowych), partnerem, który niekoniecznie będzie (jako potencjalny gwarant ładu i spokoju w regionie) chciał wyjść. 

I mimo mojej niewiary w dydaktyczną funkcję historii – i tak się dziwię. Dziwię się, że po raz wtóry numer z bratnią pomocą tak łatwo przejść może.











Łukasz Orzechowski 


czwartek, 31 lipca 2014

ZUS jego mać!


Nie tak dawno pojawił się w prasie artykuł - dajmy na to – o panie Zbyszku.

Pan Zbyszek dotychczas był rencistą.

Był, ponieważ ZUS w ramach weryfikacji przyznawanych świadczeń stwierdził, że mimo zdiagnozowanej u niego nieuleczalnej choroby jest jednak zdolny do pracy – że nie jest ona przeciwwskazaniem do podjęcia zatrudnienia.

Chory złożył odwołanie od tej decyzji w Sądzie Okręgowym w Łodzi. 
Postanowił, że w przypadku negatywnego rozstrzygnięcia sprawy popełni na sali rozpraw samobójstwo. 
Sędzina ogłosiła, że renta panu Zbyszkowi się nie należy.

Ten tuż po werdykcie wyjął przygotowaną wcześniej pętlę, przewiesił ją na klamce na oknie i zawisł.


Obecni tam ludzie odratowali człowieka.

***

ZUS odbierając rentę podważył w tym przypadku sam siebie i swoje wcześniejsze decyzje.
Może to dziwić, że nieuleczalna choroba, na której podstawie wcześniej przydzielił świadczenie, złagodniała. Zmieniła status. Może cudownie odpuściła?


Ta sytuacja niestety nie jest odosobniona – co prawda o wieszaniu w miejscu rozpraw wcześniej nikt nie słyszał, jednak o dramatach ludzi pozbawionych rent chorobowych, gdy te im się należały, już tak. 

Zakład Ubezpieczeń Społecznych od dłuższego czasu w ramach oszczędności środków finansowych weryfikuje przyznawane świadczenia, by wyszukać oszustów, łapówkarzy, symulantów.

Szukając jednak naciągaczy wysoko stawia poprzeczkę – trzeba być naprawdę bardzo chorym, by zaznać łaski ZUS-u.

***

Jeden taki przypadek potwierdzający tę smutną tendencję znam z najbliższego otoczenia.
Powiedzmy, że dotyczy on pana Waldka.

Pan Waldek jest po czterdziestce. Pracownik fizyczny.
Od dziewiętnastego roku życia pracował bez przerwy. Na budowach. Wózkach widłowych. Przy maszynach w ruchu wszelkich. Produkcja. Remonty. Wszystko.


Z czasem przyszły pewne dolegliwości – częściowa obustronna głuchota od maszyn wimowskich, problemy z utrzymaniem równowagi, - uraz kręgosłupa po nieszczęśliwym upadku (pęknięcie kręgu), padaczka, zaburzenia osobowości – niestety po alko – wreszcie typowe w tym wieku – ciśnienie niemałe. Wszystkiego po trochu. Zaowocowało to przyznaniem mu orzeczenia o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. 

Pan Waldek póki mógł,  to pracował. Jednak ww. schorzenia nie odpuszczały – sprowadzały go z czasem do parteru. Przy maszynach już nie wystał, na wózkach nie pojeździł, pokopać – nie pokopał. W końcu panu Waldkowi się pogorszyło na tyle, że i z myśleniem i kojarzeniem było gorzej. Wreszcie - wyglądał, jak 1000 nieszczęść – paraliżujące bóle kręgosłupa co raz częściej przykuwały go do łóżka, nieraz nie był w stanie nigdzie się ruszyć.

Lekarze pokierowali go na komisję ZUS-owską.
Rzeczona komisja przyznała trzyletnią rentę. Zaleciła dalsze leczenie oraz rehabilitację.

Pan Waldek odetchnął.

***

Po pół roku ZUS w ramach weryfikacji ponownie zawezwał chorego na komisję. Tym razem lekarze orzecznicy stwierdzili, że jest zdrowy i nadaje się do pracy. 


Renta została wstrzymana. 


Pan Waldek się odwołał do Sądu. Tego samego, gdzie pan Zbyszek wieszał się nieskutecznie na okiennej klamce.
Postępowanie sądowe oddaliło odwołanie.
W podsumowaniu sentencji wyroku sędzina stwierdziła, że:

"wnioskodawca nie może jedynie wykonywać prac wysokości, przy maszynach w ruchu ciągłym, przy środkach żrących i parzących, w wykopach, nie może prowadzić pojazdów mechanicznych. Może natomiast wykonywać prace na innych stanowiskach zgodnych z posiadanym poziomem kwalifikacji zawodowych"

Tak się złożyło, że w pierwszej części wymieniono niemalże wszystko to, co pan Waldek dotychczas robił. Mimo, że wolno myśli - nie wytrzymał. Wstał, stwierdził rozżalony, że pracował cale życie nie po to, by tak go teraz traktowano i zapytał, co w opinii sądu ma robić.

Sędzina ze spokojem odpowiedziała, że może przecież poszukać pracy biurowej.

Poprosił zatem, by przywrócono mu na papierze - formalnie wszelkie inne możliwości podjęcia pracy.

***

W myśl przepisów niezdolna do pracy jest osoba, która całkowicie lub częściowo utraciła zdolność do pracy zarobkowej z powodu naruszenia sprawności organizmu i nie rokuje odzyskania zdolności do pracy po przekwalifikowaniu. Ocena, czy ubezpieczony jest niezdolny do pracy, powinna - poza aspektem medycznym - uwzględniać także obiektywną możliwość podjęcia przez niego dotychczasowego lub innego zatrudnienia, zgodnie z poziomem kwalifikacji, wykształcenia, wieku i predyspozycji.

W przypadku pana Waldka - obiektywnie rzecz biorąc – dotychczasowe formy zatrudnienia są poza zasięgiem. Zaś rzeczona przez sędzinę praca biurowa niezgodna jest z poziomem kwalifikacji, wykształcenia i predyspozycji. To, co powiedziała - to gorzki żart.


Prócz tego – to esencja cynizmu.

W ramach oszczędności i weryfikacji renta przepadła. Może wzbogaciła fundusz utrzymania strony internetowej ZUS-u za 18 000 000 zł (słownie: osiemnaście milionów złotych)?

Pan Waldek rozglądał się za pracą. Sprawdził Zakłady pracy chronionej. Nic. Brak miejsc. Lub maszyny w ruchu. Lub padaczka. Głuchota. Kręgosłup. Lub inne.


Po roku od tych wydarzeń stan zdrowia pana Waldka wskutek zaniedbania znacznie się pogorszył i obecnie mniej rokuje na poprawę, niż 12 miesięcy temu. Z pewnością jest dalej od odzyskania zdolności do pracy, niż wtedy, gdy nad jego zdolnością debatowano. 

***

Decyzja pana Zbyszka nie była wyłącznie rozpaczliwym gestem. W pewnym sensie – była skrótem myślowym, zwizualizowaniem tego, co czynią wyroki sądowe (mam nadzieję, że nie wszystkie) rozstrzygające sprawy rentowe. Istotą tego, co w oczy zagląda panu Waldkowi - bezradności.

Rzecznik Sądu Okręgowego - Ewa Chałubińska powiedziała, że sędziowie nie są przygotowani na tak desperackie zachowanie ludzi. Dotychczas szkolili się, jak radzić sobie z agresją oskarżonych, pozwanych czy powodów kierowanych wobec nich. Teraz zapowiadane są szkolenia, jak reagować i w takich przypadkach.

Proponowałbym szkolenia z natury sumienia (może jakaś klauzula?). Przyzwoitości. A jeśli te zagadnienia przepadną, to sugeruję w przyszłości humanitarnie - przynajmniej - nie przeszkadzać. 





Na marginesie:

Dziś minął termin składania deklaracji ZUS/OFE.
Wybór ten jest jednym z tych, który jest, bo jest – mimo że nic on specjalnie nie wnosi, niczego nie zmienia. 

Trudno o coś bardziej cynicznego, niż ZUS i stawianie go w jakimkolwiek wyborze.
Prognozowane emerytury będą żałosne. Można się też spodziewać, że przy starzejącym się masowo społeczeństwie ZUS zostanie jeszcze obciążony większą liczbą nie tylko emerytów, ale i rencistów. 

Aż strach pomyśleć, jak wówczas wysoko będzie umieszczona poprzeczka przyznawania świadczeń chorobowych. 
















Łukasz Orzechowski


piątek, 25 lipca 2014

Energetyczne Centrum – energetyczni oszuści?

Rynek wśród dostawców różnych usług i mediów powoli się demonopolizuje.
Mamy w końcu wybór i trzeba się nauczyć z tego wyboru korzystać.

Klient wybiera podmiot. Podmioty wybierają klienta. Ci walczą o rząd dusz – portfeli.

Natarczywe oferty. Call centering natrętny. Niedomówienia. Miłe słówka. Małe oszustwa. Klauzule nieufne i poufne.
Chyba każdy zdążył się do tego już przyzwyczaić, spotkać z tym, uodpornić, a nawet znieczulić.
To ostatnie jest szczególnie niebezpieczne – zdarza się, że uśpiona czujność przeoczy pułapkę i są kłopoty.

Niedawno byłem świadkiem takiego małego oszustwa – przedstawiciel firmy Energetyczne Centrum wkręcał bezceremonialnie mojej koleżance umowę zmiany dostawcy energii elektrycznej, najzwyczajniej kłamiąc.

W jej mieszkaniu zagościł jako „pan z energetyki”. Pytany zapewniał i potwierdzał, że działa w imieniu PGE. Na stawiane wątpliwości odpowiadał mętnie, zawile, w końcu zmieniał temat na radosny, odsuwający od meritum. Ponadto nieinformując podłożył między stertą papierów do podpisu dokumenty wykupienia ubezpieczenia accistance mieszkania. Wreszcie nie raczył poinformować, (a miał taki obowiązek), że w ciągu 10 dni ma dziewczyna prawo do odstąpienia od umowy zawartej poza siedzibą firmy. Powinien także pokazać jej oraz pozostawić wzór stosownego oświadczenia.
Czego nie powiedział, to po lekturze pokazał papier, co pozwoliło sprawnie i szybko wybrnąć z kłopotów. Ile osób jednak się nie zorientuje? Ile starszych ludzi podpisze umowy, nieświadome tego, co robią?

Energetyczne Centrum posłużyło się w tym konkretnym przypadku kłamstwem przy próbie zdobycia kolejnego klienta – bo w zaistniałej sytuacji trudno mówić wyłącznie o skuteczności super-hiper technik sprzedażowych oraz działaniu w ramach określonych przez prawo.

***

Po raz pierwszy miałem okazję obserwować taki proces jako osoba trzecia, z boku. 
Niemalże od samego początku, ponieważ pojawiłem się niewiele później, niż przedstawiciel Energetycznego Centrum. Zrobiło to duże wrażenie, tym bardziej, że sprzedawca nie tylko posługiwał się odpowiednimi frazami, opracowanymi przez speców od neuro-must-sell-it- lingwistyki oraz gestami zainspirowanymi przez najnowsze trendy w body–language–marketingu, ale także – świadomie kłamał, ewentualnie – konfabulował.
I niby nic mnie nie zaskakuje, bo mam przecież świadomość, że tak się dzieje, że podobnie praktyki są czasem stosowane. Że tak się zwyczajnie zdarza.

Co prawda Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów reguluje prawa, które chronią konsumenta. Czasem to jednak za mało. 

Nie sądzę też, by bardzo precyzyjne określenie, co można, a czego już nie, mogłoby pomóc.
Problem jest inny. W pewnym sensie cywilizacyjny.
Obrót kapitału firmy. Presja zarządzających. Chęć zysku.
To czasem lokuje człowieka gdzieś na samym końcu.
Zarówno klienta - manipulowanego, jak i sprzedawcę, który działając nieetycznie - robi z siebie szmatę.

Dzieje się tak, bo kapitał widzi konsumenta.

Konsument zmuszony jest nieraz sam stawać naprzeciw tym firmom, które działają na pograniczu prawa i przyzwoitości sprzedając swoje produkty i usługi. Musi uważnie czytać umowy, zadawać roztropne pytania, czy orientować się w niuansach natury prawniczej.

Po drugiej stronie jest sztab marketingowców, prawników, neuro-must-sell-it- lingwistów oraz super-hiper sprzedawców.
Równa walka?

***

W tym konkretnym przypadku zniechęcony nie studiowałem już później oferty Energetycznego Centrum. Kumpela także nie miała już chęci. Firma za sprawą przedstawiciela handlowego podważyła swoją wiarygodność. Co ciekawe, ta sama organizacja została uhonorowana godłem„Rzetelna Firma 2013” oraz „Solidna firma 2013”, otrzymała również wyróżnienie Fundacji Mam Marzenie za pomoc chorym dzieciom w 2013 roku. Te wyróżnienia – to może wyłącznie tylko chwyt marketingowy? Budowanie wizerunku?

A może (w co wolałbym wierzyć), Energetyczne Centrum jest ok, ma tanią i pozytywną energię, zaś napotkany przedstawiciel handlowy jest absolutnie niereprezentatywny. Może to kawał drania, który wykorzystuje potencjalnych klientów dla swoich zysków oraz działa jeszcze na szkodę swojej firmy? Może tak. A może nie.


Energetyczne Centrum – energetyczni oszuści?












Łukasz Orzechowski 



sobota, 12 lipca 2014

Ludobójstwo

Mawia się, że historia jest nauczycielką życia.
Gdyby tak było, zmierzalibyśmy do doskonałości i szczęśliwości.
Mawia się także, że wszystko już było, że co najwyżej – powraca. Jakby to była prawda,
to historia w końcu stałaby się nauczycielką życia.

Świat nam współczesny nie jest (ani nie był) ani doskonały, ani szczęśliwy.
I mimo że dwa pierwsze zdania wydają się być przekonujące, to nie są prawdziwe. Choć pewne analogie są uderzające, to zawsze towarzyszą im różne okoliczności. Okoliczności, które zmieniają wszystko - to samo zło (jak i dobro) miewa się po raz wtóry dobrze, miewa się w ogóle, bo określone wydarzenia pozwalają mu zaistnieć i nadają mu inny kontekst.

Historia ludzkości, oprócz okoliczności, to także historia polityki. Spierania się. Kompromisów. Kłamstw. Czarne bywa białe, białe – czarne. Są jeszcze białe plamy. Oczywiście i szarości.

W sprawach fundamentalnych białe powinno być jednak białe, czarne zaś czarne. W tle dopuszczalne są szarości. A nawet - konieczne.

***

11 lipca jest symboliczną datą upamiętniania rzezi wołyńskiej – planowego mordu dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II Wojny Światowej.
Od kwietnia 1943 r. prześladowania Polaków na Wołyniu nabierały charakteru masowej czystki, która miała na celu fizyczne usunięcie mniejszości polskiej zamieszkującej ten obszar.

Niemniej to 11 lipca 1943 r. (tzw. krwawa niedziela) zapoczątkowana została tragedia. 

Wówczas rozpoczęła się zmasowana i zsynchronizowana akcja mordu Polaków zamieszkujących Wołyń. Około 150 wsi zostało jednocześnie zaatakowanych. Polacy byli mordowani w bestialski sposób, nie tylko przy użyciu broni palnej, ale także siekier czy łopat. Płonęli żywcem w kościołach. Wiele skupisk ludzkich przestało po prostu istnieć, dziś próżno szukać po nich śladów. Ludność polska uciekała do większych zbiorowisk, organizując ośrodki samoobrony. Tylko tam mogła przetrwać.

Szacuje się, że wskutek rzezi zostało wymordowanych około 60 tys. – Polaków są też szacunki wyższe – sięgające 100 tys.

***

Rzeź wołyńska z różnych powodów umknęła pamięci Europy. Czy gdyby tak się nie stało, czy była by siła, która powstrzymałaby np. wydarzenia bałkańskie z lat dziewięćdziesiątych? Lub czy tłumiłaby krwawe zapędy Irlandzkiej Armii Republikańskiej? Czy dałaby decydentom do myślenia? Powód do opamiętania?

Pesymistycznie myślę, że raczej nie.

Choć każda tego typu pamięć, każde tego typu wydarzenie – ukazujące przecież tragedię ludzkości – powinno być w pamięci. Z pełnym zrozumieniem (chęcią zrozumienia), co i dlaczego zaszło. Być może w minimalnym stopniu miałoby to przełożenie na przyszłe wydarzenia. Może świat stałby się jedynie nieco mniej tragiczny, ewentualnie – trochę lepszy. 

Przede wszystkim ta pamięć dotykałoby spraw fundamentalnych, gdzie, jak wspominałem - białe powinno być jednak białe, czarne zaś czarne. Pewnych kwestii nie można wyrzucać z pamięci.

Nie oczekuję od Europy, że będzie pamiętać. Nie spodziewam się, by Ukraina z własnej inicjatywy chciała pamiętać. Spodziewałbym się jednak, że nam nie umknie to z pomięci, że w polskich mediach w odpowiednim czasie gdziekolwiek znajdę chociażby wzmiankę o 71. rocznicy rzezi wołyńskiej.
Że ktoś wykaże przyzwoitość w tych dniach dla tych pomordowanych dziesiątków tysięcy Polaków, dla ich rodzin, dla tych, co jeszcze żyją i pamiętają.

Że ktoś przypomni, co się wydarzyło. Poszuka przyczyn. Także po naszej stronie. 
Pokaże w końcu, w czasach potencjalnych nacjonalizmów, do czego te nacjonalizmy prowadzić mogą. 




Ludobójstwo









Łukasz Orzechowski


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...