Pod koniec wakacji miałem okazję obejrzeć Odyseję kosmiczną 2001, po raz pierwszy na srebrnym ekranie. O tym, że jest to zjawisko, przekonywać nie trzeba. To jeden z tych obrazów. Po prostu tych.
Część pierwsza filmu poświęcona jest początkom ludzkości. Widzimy człekokształtne istoty zajadle walczące między sobą, o siebie. Istoty prymitywne i bojaźliwe, lękające się przyrody, dzikich zwierząt, śmierci; pełne troski o potomstwo, o swoich. Po ludzku - są nam bliskie
Przełom rozwojowy nadchodzi wraz pojawieniem się monolitu - wczesnej ludzkości objawia się prostopadłościan, ciemny, grafitowy, matematycznie doskonały, ponadczasowy, spójny z tym, co tam na górze, choć znajduje się tu - na ziemi.
Po zetknięciu się z tym cudem następuje przemiana. Jeden z przedstawicieli praczłowieka odkrywa pierwsze prymitywne narzędzie - uczy posługiwać się kością. Rozłupuje nią inne kości. Używa przy polowaniu. Używa w w walce.
Kolejne epizody pokazują już zupełnie inne miejsce człowieka.
Tym razem jest jest on świadomym zdobywcą kosmosu. Technologicznie przekracza granice. Bada i zdobywa nieskończone światy.
Na księżycu odnajduje przypadkiem monolit. Taki sam, który przemienił praczłowieka. Podobnie, jak przed tysiącami lat, obiekt budzi zdumienie i jest zupełnie niezrozumiały. Zachowanie i podekscytowanie ludzi niewiele odbiegają od reakcji ich protoplastów.
Monolit wysyła sygnał ciągły w stronę Saturna, za którym podążają ludzie - wyrusza międzyplanetarna wyprawa. Podczas niej człowiek staje poniekąd twarzą w twarz z samym sobą. Konfrontuje się z superkomputerem, który kieruje misją. Hal 9000 to doskonalsze wcielenie ludzkości. Obdarzony jest sztuczną inteligencją, indywidualną osobowością, poczuciem jestestwa.
Później okazuje się, że oszalał, ponieważ nakazano mu kłamać. A tego nie potrafił. Nie rozumiał. W końcu sam zginął, został unicestwiony przez jedyną ocalałą z załogi osobę, Davida Bowmana, kapitana statku. Doleciał on do celu podróży i pod wpływem obcej siły stał się zalążkiem czegoś doskonalszego, co w kolejnej części - Odysei 2010 (reż. P. Hyams) uratowało ludzkość przed zimnowojenną zagładą.
***
Oglądając film odnosi się wrażenie, że wszystko jest nierealne.
W tych dwóch różnych światach człowiek chce żyć.
Chce zdobywać nowe światy. Dla praczłowieka novum była przestrzeń, woda, ląd. Później - wyzwaniem stał się wszechświat cały. Jeden i drugi człowiek - lękają się śmierci. Tak samo, obaj troszczą się o najbliższych. O swoich kochanych.
Obojgu brakuje pokory - ten pierwszy z podniesiona głową ruszy na podbój plemienia obok, ten drugi wcieli się w twórcę sztuczniej inteligencji naśladującej rozumowanie człowieka.
Wreszcie - ci sami ludzie walczą. Między sobą. Praczłowiek zatłucze swojego pobratymca.
***
Tymczasem jednak współczesność mnie niepokoi, jak nigdy.
Jakby coś wisiało w powietrzu. Jakby coś wydarzyć się miało. Niepokoi mnie wojna na Ukrainie. Niepokoi mnie Islam. Niepokoi mnie wirus eboli. Potencjalna jego inwazja terrorystyczna na świat. Niepokoi mnie Internet i jego moce. Niepokoją mnie ludzie.
Najbardziej niepokoi mnie to, że zawodzi wiara.

0 komentarze :
Prześlij komentarz