Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

Bratnia pomoc

Historia z perspektywy potrafi i bawić. 

Niefrasobliwość jednostek, czy naiwność decydentów nieraz wywoływały wśród patrzących w przeszłość uśmiech politowania. 
Czasem oglądając się za siebie nie sposób także nie uśmiać się i zupełnie szczerze – zabawne teksty propagandowe, czy różnego rodzaju absurdalne, komiczne sytuacje, mimo że kryły ponurą rzeczywistość, potrafiły i potrafią bawić.

Z perspektywy także, jeśli już nie bawią, to bulwersują, czy wzbudzają emocje zachowania tych osób, które mogły coś zrobić, a nie zrobiły nic. Tu budzi się irytacja. Czasem – niezrozumienie realiów polityki. Lub złość na krótkowzroczność ówczesnych.

Wreszcie – i zadziwia, i bulwersuje nieraz tupet agresorów, ich arogancja, cynizm oraz ignorancja wszelkich norm i postanowień. 

Oczywiście, nie tylko historia zna takie przypadki. Współczesność uprawia je wcale nie gorzej.
I może to jest zaskakujące najbardziej? A może jest to zupełnie naturalne, że nie uczymy się na historii. Jak wspominałem już kiedyś – w moim odczuciu ta druga opcja jest bardziej prawdziwa. Zmieniają się wyłącznie konteksty działań.

***

Jednak i tak się dziwiłem nieraz i dziwię obecnie.

Dziwiłem się wielkiej olimpiadzie Putina. Odsłaniała wszelkie kompleksy Rosji, o których pewnie ona sama chciałaby już zapomnieć - jej imperialne zaszłości, stary system doglądających "carskich" rządów, czy wreszcie, budzącą uśmiech (sic!) politowania – „gospodarność” oraz słynne na cały świat wpadki organizacyjne, czy budowlane.

Dziwiłem się Majdanowi. Sposobom rozwiązywania sytuacji kryzysowej, prowadzących do najgorszych konfrontacji. Arogancji (sic!) władzy ukraińskiej inspirowanej wiatrem ze wschodu.

Dziwiłem się wreszcie aneksji Krymu – temu, że tak łatwo na nogi wstaje imperium Putina łamiąc (sic!) zawarte postanowienia międzynarodowe. Bez specjalnego ceremoniału. W tle - jak zawsze - Europy mocno zaangażowanej. Europy, która nie zrobiła nic (sic!).

Dziwiłem się także widząc JE Włodzimierza Putina w Normandii na obchodach 70 rocznicy D-Day, który przechadzał się wśród współczesnych naiwnych (sic!) decydentów.

Dziwię się i teraz, gdy okazuje się, że strącony samolot pasażerski z blisko 300 osobami na pokładzie to za mało, by wywrzeć presję na państwo moralnie odpowiedzialne za tragedię.
Nie mogę zrozumieć, jaki tupet (sic!) pozwala przekonywać, że w samolocie przewożone były zwłoki.

Dziwię się wreszcie, gdy państwo atakujące inne państwo organizuje konwój humanitarny niosący pomoc mieszkańcom strony napadniętej.

***
Ku granicom Ukrainy zmierza teraz konwój. 

Humanitarny. Jadą białe Kamazy (ponoć świeżo przemalowane z zielonej barwy moro). Wiadomo - wiozą żywność, leki, koce, generatory prądu, ubrania, wodę itp. Co bardziej przezorni przewidują, że pomiędzy ryżem a kaszą upchnięte są kałachy, w apteczkach granaty, a w foszerkach lub na pakach, po kątach rozstawieni żołnierze. Po dwóch na auto.

Granica pomiędzy zwaśnionymi stronami jest dziurawa jak sito i nie jest tajemnicą, że broń, zaopatrzenie i żołnierze są przerzucani bez większego problemu już teraz. To, co pojawi się na granicy, rzeczywiście może wieźć dary. Ale to, co odbije wcześniej, może przewozić wszystko. I o tym nikt się nie dowie.

***

Historia uczy, że pomoc ze wschodu jest niczym niedźwiedzia przysługa, 

(jak na ironię, jedna z niewielu przyswojonych nauk przeszłości) 
co w tym kontekście podwójnie oddaje istotę sprawy, biorąc pod uwagę, iż na wschodzie niedźwiedź właśnie stoi i grozi.

Ukraina nie przyjąć pomocy nie może. Czy wyegzekwuje przeładowanie towarów na swoje pojazdy? Szczerze wątpię. Czy wszystkie rosyjskie ciężarówki dotrą na przejście graniczne? Na to też niekoniecznie można liczyć.
W każdym razie Rosja wspomoże umęczonych cywili, zawalczy o rząd wdzięcznych dusz. Rzuci przy okazji po cichu coś i separatystom. Uśmiechnie się cynicznie (sic!) do kamer zachodnich telewizji. Propagandowo wygra. Zwłaszcza u siebie.

Co najważniejsze, stanie się partnerem do rozmów na temat rozwiązania problemu, zaprowadzenia porządków (nowych), partnerem, który niekoniecznie będzie (jako potencjalny gwarant ładu i spokoju w regionie) chciał wyjść. 

I mimo mojej niewiary w dydaktyczną funkcję historii – i tak się dziwię. Dziwię się, że po raz wtóry numer z bratnią pomocą tak łatwo przejść może.











Łukasz Orzechowski 


sobota, 12 lipca 2014

Ludobójstwo

Mawia się, że historia jest nauczycielką życia.
Gdyby tak było, zmierzalibyśmy do doskonałości i szczęśliwości.
Mawia się także, że wszystko już było, że co najwyżej – powraca. Jakby to była prawda,
to historia w końcu stałaby się nauczycielką życia.

Świat nam współczesny nie jest (ani nie był) ani doskonały, ani szczęśliwy.
I mimo że dwa pierwsze zdania wydają się być przekonujące, to nie są prawdziwe. Choć pewne analogie są uderzające, to zawsze towarzyszą im różne okoliczności. Okoliczności, które zmieniają wszystko - to samo zło (jak i dobro) miewa się po raz wtóry dobrze, miewa się w ogóle, bo określone wydarzenia pozwalają mu zaistnieć i nadają mu inny kontekst.

Historia ludzkości, oprócz okoliczności, to także historia polityki. Spierania się. Kompromisów. Kłamstw. Czarne bywa białe, białe – czarne. Są jeszcze białe plamy. Oczywiście i szarości.

W sprawach fundamentalnych białe powinno być jednak białe, czarne zaś czarne. W tle dopuszczalne są szarości. A nawet - konieczne.

***

11 lipca jest symboliczną datą upamiętniania rzezi wołyńskiej – planowego mordu dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II Wojny Światowej.
Od kwietnia 1943 r. prześladowania Polaków na Wołyniu nabierały charakteru masowej czystki, która miała na celu fizyczne usunięcie mniejszości polskiej zamieszkującej ten obszar.

Niemniej to 11 lipca 1943 r. (tzw. krwawa niedziela) zapoczątkowana została tragedia. 

Wówczas rozpoczęła się zmasowana i zsynchronizowana akcja mordu Polaków zamieszkujących Wołyń. Około 150 wsi zostało jednocześnie zaatakowanych. Polacy byli mordowani w bestialski sposób, nie tylko przy użyciu broni palnej, ale także siekier czy łopat. Płonęli żywcem w kościołach. Wiele skupisk ludzkich przestało po prostu istnieć, dziś próżno szukać po nich śladów. Ludność polska uciekała do większych zbiorowisk, organizując ośrodki samoobrony. Tylko tam mogła przetrwać.

Szacuje się, że wskutek rzezi zostało wymordowanych około 60 tys. – Polaków są też szacunki wyższe – sięgające 100 tys.

***

Rzeź wołyńska z różnych powodów umknęła pamięci Europy. Czy gdyby tak się nie stało, czy była by siła, która powstrzymałaby np. wydarzenia bałkańskie z lat dziewięćdziesiątych? Lub czy tłumiłaby krwawe zapędy Irlandzkiej Armii Republikańskiej? Czy dałaby decydentom do myślenia? Powód do opamiętania?

Pesymistycznie myślę, że raczej nie.

Choć każda tego typu pamięć, każde tego typu wydarzenie – ukazujące przecież tragedię ludzkości – powinno być w pamięci. Z pełnym zrozumieniem (chęcią zrozumienia), co i dlaczego zaszło. Być może w minimalnym stopniu miałoby to przełożenie na przyszłe wydarzenia. Może świat stałby się jedynie nieco mniej tragiczny, ewentualnie – trochę lepszy. 

Przede wszystkim ta pamięć dotykałoby spraw fundamentalnych, gdzie, jak wspominałem - białe powinno być jednak białe, czarne zaś czarne. Pewnych kwestii nie można wyrzucać z pamięci.

Nie oczekuję od Europy, że będzie pamiętać. Nie spodziewam się, by Ukraina z własnej inicjatywy chciała pamiętać. Spodziewałbym się jednak, że nam nie umknie to z pomięci, że w polskich mediach w odpowiednim czasie gdziekolwiek znajdę chociażby wzmiankę o 71. rocznicy rzezi wołyńskiej.
Że ktoś wykaże przyzwoitość w tych dniach dla tych pomordowanych dziesiątków tysięcy Polaków, dla ich rodzin, dla tych, co jeszcze żyją i pamiętają.

Że ktoś przypomni, co się wydarzyło. Poszuka przyczyn. Także po naszej stronie. 
Pokaże w końcu, w czasach potencjalnych nacjonalizmów, do czego te nacjonalizmy prowadzić mogą. 




Ludobójstwo









Łukasz Orzechowski


sobota, 26 kwietnia 2014

Lwowskie magisterium

Nieraz niebagatelną rolę w życiu odgrywa przypadek. Czasem właśnie to zbieg okoliczności ma decydujący wpływ na to, co się dzieje, co się wybiera.

W maju, może w czerwcu 2007 roku, jednego gorącego dnia miałem iść z ekipą studencką na wagary. Zamiast na wykład z historii Europy Środkowo- Wschodniej zdecydowaliśmy się pojechać na łódzkie zdrowie. Odpocząć. Wygrzać się. Nabrać sił.

III rok studiów to był czas decyzji. Należało wybrać wówczas seminarium magisterskie na dwa ostatnie lata studiów. Pamiętam tylko, że bardzo chciałem pisać o wschodzie i szukałem tematu, który mógłbym w tych ramach zrealizować.

We wspomnianym wiosennym, gorącym dniu, perspektywa wypadu na zdrowie była pociągająca. Niemniej coś wyjątkowo nie dawało mi wówczas spokoju i w końcu poszedłem na ten wykład. Jak się okazało, nie bez celu.

Na koniec rozważań o historii Europy Środkowo-Wschodniej profesor Albin Głowacki prowadzący zajęcia powiedział, że zgłosił się do niego prezes łódzkiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich z prośbą, by zainteresował swoich studentów łódzkimi kresowiakami. Temat mnie zaintrygował, tuż po zajęciach podszedłem do profesora i zapytałem, o co chodzi. Ten mi odpowiedział, że o pamięć, o ocalenie pamięci o ludziach.

Odpowiedź ta, której najmniej się spodziewałam, zrobiła na mnie największe wrażenie. To jeden z tych momentów, gdzie człowiek uświadamia sobie, co tak naprawdę robi i jaki ma to sens.

Sensem pracy historyka jest pamięć. Ocalenie pamięci.

W każdym razie już wtedy wiedziałem, że spotkam się z prezesem Towarzystwa, emerytowanym profesorem Politechniki Łódzkiej, Bolesławem Bolanowskim.

Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w kawiarni w Łódzkim Domu Kultury. Rozmowa rzeczowa i na temat. Po pewnym czasie były kolejne. I tak, nieco przypadkiem, zbiegami okoliczności, znalazłem temat mojej rozprawy magisterskiej 

Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Łodzi w latach 1989–2009 oraz promotora tej pracy – profesora Albina Głowackiego.

Prace z Towarzystwem, o którym już wspominałem, rozpocząłem możliwie szybko, jeszcze w wakacje 2007 r. Zakupiłem leciwy dyktafon, na kasety i przystąpiłem do zbierania materiałów. A należało się spieszyć, bo czas ostateczny naglił. Większość Kresowiaków była już w wieku bardzo zaawansowanym.

Był to dla mnie czas wyjątkowy. Poznałam ludzi niezwykłych, bardzo serdecznych, niestety też, w wielu przypadkach – bardzo pokrzywdzonych przez los. Z większością przeprowadzałem wywiady. Zdobywałem zaufanie. Nieraz pokorniałem.

Z drugiej strony porządkowałem i archiwizowałem wszelkie dokumenty związane z działalnością Towarzystwa. Wiele mówiły o historii i poczynaniach Kresowiaków w Łodzi, budowały szkielet opowieści snutej przez nich, dopowiadały szczegóły, pamiętały to, co pamięci ludzkiej umykało.

Z tych prac wyłonił się obraz ciekawy. Dokumentujący drogi kresowiaków do Łodzi, ich tu przyjęcie po wojnie oraz formalną działalność po 1989 r. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że niektóre historie obroniłyby się jako pierwowzór do przyzwoitego scenariusza filmowego.

Życie to jednak nie film. W tym sensie, że były to historie prawdziwe.

To, co mnie urzekało, to siła. I radość życia ludzi, którzy w swoim czasie mieli pełne prawo stracić wszelką nadzieję. Było to na swój sposób zawstydzające. Nie wszyscy oczywiście, ale wielu z Kresowiaków przejawiało większą energię życiową, niż obecne zmęczone pokolenia. Kwestia doświadczeń? Typ człowieka z Kresów? Może olbrzymi dystans do trosk i błahostek. Nie wiem.

Pracę magisterską obroniłem w 2009 r. Szczęśliwy, tym bardziej że fakt ten zbiegł się z okrągłą 20. rocznicą działalności Towarzystwa. Po obronie na Uniwersytecie w ramach jubileuszu odbyła się uroczysta prezentacja pracy w ŁDK-u, gdzie Kresowiacy się spotykali. I spotykają – do dziś.

Obecnie przypada 25-lecie istnienia Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Łodzi. W marcu 1989 r. odbyło się pierwsze zebranie – założycielskie, 20 kwietnia organizacja została zarejestrowana w Urzędzie Miasta Łodzi, a 19 maja odbyło się walne zebranie. Mimo że czas tak szybko ucieka, to historia łódzkich kresowiaków jeszcze trwa.

Piszę o tym z tym większą radością, ponieważ z perspektywy tych 5 lat wyglądać to mogło przeróżnie.

Te 5 lat przemijania pokazało mi także, jak wielką wartość miały słowa profesora Albina Głowackiego wypowiedziane po pamiętnym wykładzie, że chodzi o pamięć. O ocalenie pamięci o ludziach.




odznaka Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich








Skrót mojej pracy magisterskiej ukazał się w Roczniku Łódzkim, t. 58, 2011, ss. 187-204. 

Więcej o łódzkich kresowiakach: www.lotmlikpw.strefa.pl


środa, 2 kwietnia 2014

Ukraina, jaką pamiętam

Tytuł tego posta jest nieco na wyrost. Bo będzie i o Ukrainie. Ale i o Rumunii. Wreszcie też, nie będzie wszystkiego, co pamiętam. Ale sporo. Całkiem sporo. 
Tekst jest stary. Oczytany w wspominkowych chwilach. Jednak trafnie zarysowuje mój sentyment do Ukrainy. Przywołuje mit. I nawiązuje do Krymu, o którym wspominałem niedawno. Świeży – epilog (II)
Zaczynamy:) 

EPIZOD I – czyli o dzień za późno

Wyjechać mieliśmy 31 sierpnia. Wszystko było na ten dzień już zaplanowane, pociąg sprawdzony, droga do Lwowa obcykana. Po prostu wszystko OK. Niestety, z przyczyn niezależnych od nas wyjechaliśmy 1 września. O dzień za późno, jak się okazało. Przyczyna prosta – 31 sierpnia jeżdżą jeszcze pociągi wakacyjne, 1 września już nie. W związku z tym późnym popołudniem 1 września zorientowaliśmy się, ze nasz pociąg, z jedną tylko przesiadką, nie przyjedzie. Cóż, znaleźliśmy inny, trzy przesiadki i o dłuższa trasa. Ale co począć, pojechaliśmy.

Dwa z trzech naszych pociągów jechały do Karpacza i Zakopca. W związku z tym były niemiłosiernie zatłoczone, wiadomo, nasz studencki wrzesień w formie.

Przesiadaliśmy się w Częstochowie. Tam wysiadła z nami uciekinierka z domu, szesnastoletnia Eliza. Wracała właśnie do siebie. Nieco zmęczona, chyba trochę przyćpana, opowiadała nam o sobie. Bystre dziewczę, chyba z problemami. Taki nasz standard mały. Podsumowując swą opowieść dopytywała – Na chuj mi to było? Mądre słowa, my, później, w chwilach zwątpienia, często wracaliśmy do tych słów właśnie. Na chuj nam to było..?

Mała zaczekała z nami na nasz pociąg, każdy polazł w swoją stronę, w swoje sprawy.

Po dwóch przesiadkach w końcu Przemyśl – „polski Lwów”. Jaka ironia tak pisać, jakby ukraiński polskim też nie był. Przemyśl wita architekturą ciekawą, spiczaste kamienice, twarde i srogie oficyny, pod niebem kopuły i krzyże przypominają o Boga, jego obecności i ludzkiej słabości. Bruk się uśmiecha, albo strzela głupie miny. Miasto żyje, tym naszym wschodem stęsknionym.

Stąd busik do Medyki, na granicy szybka przeprawka, przepiękna celniczka – Lilianna – i już niedaleko – nasz Lwów.


EPIZOD II – „Sasza” i Ilia

Pierwsi naganiacze tuż za granicą oferują transport do Lwowa. Padają ceny – 120 złotych, 30 złotych. Absurd! My znaleźliśmy taki za 10. Można i taniej, ale za to w ciasnej maszrucie, powolnej bardzo.

Jedziemy. W busiku – Volkswagen—zagaduje facet. Nie znamy imienia, niech to będzie Sasza, dlatego w cudzysłowie. Opowiada, opowiada o Ukrainie. Słowa mafia odmieniane w każdym przypadku i czasie. Strach tam żyć, Życie ludzkie gówno warte, korupcja, największa wśród policji! Szasza często powtarzał słowo Ukrajina – z dumą i wyrzutem, z dumą za swój kraj, z wyrzutem za syf, który go gnębi. W oczach Szaszy szaleństwo, nam, zachodnim Słowianom, obce niestety. Taki Bohun po prostu.

Zapytujemy o dolara – cóż to jest? Tylko waluta?

Nie, dolar, to dooolar, powtarzany z błyskiem w oku przez Sasze. To nie tylko pieniądz, to symbol, wartość, absolut mały w swej treści. Dooolar…

W pewnym momencie bus zjeżdża na polną drogę. Zastanowienie – co dalej? Wywiozą nas? Okradną? Nie. Okazało się, że Ukraińcy budując drogę ze Lwowa do Medyki rozpoczęli manewr z obu stron właśnie. I im się nie zeszły. Należy zatem zjechać z drogi, gdy ta niespodziewanie się kończy i wjechać na drugą nitkę. Problem w tym, ze trasa kończy się za zakrętem, niespodziewanie. Sasza opowiadał, ze wielu ludzi już tam zginęło rozbijając się zupełnie niespodziewanie.

Przejeżdżając koło rynku Sasza pokazał nam policjantów, którzy zgarniali haracz od tamtejszych handlarzy.

We Lwowie pożegnaliśmy się z Saszą. Stwierdził, że nie damy sobie rady.

W kasie na dworcu głównym we Lwowie zakupiliśmy sobie bilety do Czerniowiec, na platzcarte, czyli wspólne ze wszystkimi kuszetki. Pociąg odjeżdżał wieczorem. Do tego momentu mięliśmy czas, gdy ponownie pochodzić po Lwowie.

Chodzenie po Lwowie jest przyjemne, chociaż to nie oddaje istoty rzeczy. Jest w tym coś irracjonalnego. Klimat miasta jest niesamowity. Ukraiński żywioł w polskich ścianach. Promenada przed Teatrem Wielkim tętni życiem. Jak wszystko tam zresztą.

Wieczorem wsiadamy do pociągu. Krótkie męskie rozmowy, alkohol i sen.

Nad ranem dojeżdżamy do Czerniowiec. Tu łapiemy taksówę, za parę dolarów, do granicy ukraińsko-rumuńskiej w Porubne-Siret. Wiezie nas Ilia, swoja starą Ładą (1500). Strach z początku wsiadać. Jak się okazuje, auto ma silnik od BMW, zapiepsza, jak szalona. Na skrzyżowaniach wszystkie pojazdy wyprzedzaliśmy. Ilia, starszy, siwy już człowiek, obracał się tylko z satysfakcją i śmiał. Zdziwienie właścicieli przeróżnych, niezłych fur musiało być spore. A nasze jeszcze większe, gdy bez problemy zamknął zegar mknąć w rumuńską stronę. O tym za chwilę.

Ilia także odmieniał słowo mafia przez wszystkie przypadki. Poopowiadał też trochę, jak się żyje na Ukrainie. No i prezentował możliwości swojej Łady (co najmniej dwudziestoletniej). Do 140 km (tyle miał licznik) na godzinę rozpędzała się w moment. A mogła i jechać szybciej, tyle, że mundurowych na drodze było dość pełno.

Na granicy Ilia „posadził” nas w rumuńskim samochodzie, po około godzinie jazdy byliśmy już w Suczawie.


EPIZOD III – Prysznic w cenie

Suczawa to miasto wypadowe na dalszą część Rumunii, kraju, który początkowo robi dobre wrażenie. Sama nie zachwyca. Choć i ma swój koloryt. Pełno tam Ukraińców, chyba nieco Węgrów i Romów. Ci ostatni zupełnie nam obcy, fascynowali kolorytem, wzbudzali i niepokój.

Romowie rzucają się w oczy, romska mama idąc ulicą ciągnie za sobą romski ogonek pociech, które słowo „daj” znają chyba w każdym języku. Nie raz widzieliśmy, jak taka gromadka na dworcach obskakiwała wszystkie kąty i szła dalej. Zarabiać.
Są i romscy panowie, z posępnym wzrokiem. Są wreszcie i romskie wróżki.

Tuż po przyjeździe do Suczawy zaczepiła Maćka taka jedna wróżka właśnie. Proponowała obrazek. Gdy odmówił, wyrwała mu włos i sobie znany rytuał odprawiła.

Trudno mi ich generalizować, niemniej na Romów patrzyłem zawsze z trwogą. Z trwogą o nas.

Niezwłocznie po dojechaniu do Suczawy złapaliśmy transport do jednej z okolicznych miejscowości, do Gura Humoruluii, otoczonej monastyrami.

Podjechaliśmy kawałek busikiem, dalej na pieszo po wioskach. Wspaniałe były te wioski. Konie z wozami, ludzie ciekawi, wąskie uliczki, co ciekawe, wszyscy ubrani w ludowe, tradycyjne stroje. Nie komercyjnie, tak po prostu, na co dzień, tak po prostu chodzą.

Monastyr – uduchowione miejsce. W spokoju zwiedziliśmy ten niedostępny u nas obszar kultu. Po prostu spokój. I cisza. Dalej znaleźliśmy sobie nocleg. Rozbiliśmy za niewielką kwotę namiot przy jednym z wielu gospodarstw. Właścicielka mówiła średnio po angielsku, niemniej co do większości spraw udało się dogadać. Jednak z jedną był problem. Udostępniła nam prysznic. Chcieliśmy się zapytać, czy w chwili, w której chcielibyśmy z niego skorzystać, powinniśmy się kogoś zapytać o pozwolenie. Na najróżniejsze sposoby usiłowaliśmy uzyskać odpowiedź na to pytanie. Niestety, nasza gospodyni (zresztą dziwne słowo dla niej, raczej młoda jeszcze była) nie potrafiła nas zrozumieć. W końcu zrozumiała, że pytamy o to, czy pójdzie z nami pod prysznic. I chyba też nie od razu, bo się na to zgodziła, podkreślając, ze to w cenie. Później dopiero przyprowadziła swoje córki, by te wyjaśniły sprawę w prysznicem.

Co ciekawe, nasza gospodyni znała już wcześniej kilku Polaków. Potrafiła powiedzieć dzień dobry i żubrówka.

EPIZOD IV – Dziki sen


Z okolic Gura Humorluli ruszyliśmy w Rumunię dalej, dzikimi szlakami. Transport – zabawny. Stare autobusy, jak z przed epoki, z klimatem, zapachem rozgrzanej dermy i przewiewem z niedomykających się drzwi i okien. Nie za szybko oczywiście, ale wiadomo, fajnie. Współpasażerowie tutejsi, brodaci, w kapeluszach schowani, dziwni, nieco zaskoczenie obecnością Polaków na ich ziemi. Autobus nawet na dłuższą chwilę zaniemógł, na tyle długą i pewnie na tyle poważną, że Rumuni zdążyli wypalić niejednego papierosa dyskutując pewnie, co dalej.

Dojechaliśmy do Pietra Noetz, dalej, pociągiem, już przez same góry, wraz z wspaniałymi widokami, które podziwialiśmy siedząc przy otwartych drzwiach pociągu właśnie. W górach jest moc, zawsze to powtarzam. Maciek podziwiając widoki słusznie zauważył, że właśnie na ten chuj nam to było. Dojechaliśmy do miejscowości Bicaz, położonej wśród gór i lasów. Stąd na pieszo kawałek i noc. Sen w lesie, na dziko, z małą ilością jedzenia. Tu należy zastrzec, ze nasza dieta opierała się głownie na dziwnych puszkach mięsnych spożywanych z dużą ilością (przewagą) chleba. Co ciekawe, rozbiliśmy się tuż pod linią kolejową, której nie widzieliśmy wcale, bo ciemno było. W związku z tym w środku nocy pociągi jeździły nad nami. Co ciekawe też, byliśmy tak zmęczeni, że nie budziliśmy się za bardzo.

EPIZOD V – Na południe

Wyruszyliśmy w głąb Rumunii, na południe. Mijaliśmy przepiękny kanion w Lacul Rosu, jeden z najwyższych w Europie, ponoć wyższy jest tylko we Francji. I znowu natura zachwycała i wzbudzała trwogę. Po drodze mijaliśmy wozy konne, jakich na Rumunii wiele, bardzo wiele. Dotarliśmy do miasta Braszów – spore miasto w Rumunii. Olśniewające, taki jakby nasz Kraków. W centrum stare, świetnie zachowane miasto – gotyk – zachowany już od XIV/XV wieku. Przepiękne, klimatyczne uliczki, pomarańczowe od dachówek dachy, dzwon w tle godzinę spokojnie ogłaszający, dawał poczucie, że czas nie ponagla, ze nie trzeba się spieszyć.

Gdy wysiedliśmy, około 21, w sumie centrum miasta, zrobiło nam się nieswojo. Kiepski przewodnik Pascala co prawda wskazywał miejsca noclegowe, ale jakoś nas to nie uspakajało.

Na ulicy zaczepiłem dziewczynę, co by pomogła nam się zorientować, co i jak. Okazało się szczęśliwie, że jest właścicielką hostelu. Co więcej, jak się później okazało, za dość niską cenę zgodziła się nas przenocować.
Pewnie oczami wyobraźni widziała, jak gdzieś w zaułku źli ludzie nas okradają.

Zatrzymaliśmy się więc w hostelu, łatwiej tam i o towarzystwo ciekawych ludzi, niż w prywatnych kwaterach, gdzie często prócz gospodarzy nikogo nie ma.

Nocowaliśmy z ludźmi z Finlandii, Hiszpanii, Włoch i Polski.
Było śmiesznie i straszno.

Dwie Włoszki, zamieszkujące z nami na piętrze, początkowo były przerażone obecnością 5 Finów, którzy raczej pili. Później dwóch Polaków, ja i Maciek dostarczyliśmy obaw jeszcze. Następnego dnia wprowadziło się jeszcze 4 Polaków. Uknuliśmy nawet taki dowcip, w imieniu Włoszek:

– Co jest gorsze od 5 Finów i 2 Polaków?

– 5 Finów i 6 Polaków

W sumie nie było tak źle, Finowie chyba byli mniej przyjemni.

Z Braszowa wypadaliśmy do pobliskich miast i wsi, gór i lasów, zamków i zamczysków. Więc i to było w jakiś sposób przyjemne i dzikie, mimo, ze miastowe niby.
W Braszowie też życie nocne kwitło. Pierwszego dnia na mieście poznaliśmy tutejszego studenta, Stepana, który oprowadził nas po knajpach, pokazał ludzi.

Innym razem poznaliśmy studentów z Holandii, z którymi też nie jedno piwo wypiliśmy. Do każdego toastu mieli przyśpiewkę. Nam ich zabrakło. W końcu, wychodząc z założenia, że i tak naszego języka nie znają, zaśpiewaliśmy im kolędę – Przybieżeli do Betlejem…. Jako, że skoczne i z przytupem, miło to przyjęli. Ale nakombinować się było trzeba. Wyszliśmy z knajpy, pożegnaliśmy się, każdy poszedł w swoją stronę.

Rozmawiając z ludźmi, poznaliśmy wiele patentów na podróże po świecie. Opowiadali, gdzie byli, jak tam dotarli, innymi słowy, inspirowali do nowych podróży, do życia.

Innym ciekawym zjawiskiem w Rumunii jest oferta kulturalna. Jest, gdzie chodzić. Co lepsze, stereotypowo biedna Rumunia sprzyja studentom, i to wszystkim! Za okazaniem legitymacji prawie do każdego muzeum wchodziliśmy z 1 banię, czyli za symboliczną naszą złotówkę! Normalna cena – około 10 bani.

Wrażenie zrobiło na nas muzeum zasłużonej dla państwowości rumuńskiej, kultury, rodziny Mureşan. Osoba opiekująca się zbiorami, potomek tego zacnego rodu, z pasją wszystko nam opisywała. I okazało się, ze nie było ważne, że nas przewodnik znał rumuński, francuski, serbski, a my naszą mowę i inglisza. Bardzo dużo zrozumieliśmy.Bo on chciał mówić. A my chcieliśmy słuchać.

Minusem miasta, nie tylko zresztą samego Braszowa, są wszechobecni żebrzący Cygani. Owszem, mają w sobie jakiś koloryt, ale…

W Braszowie także zdarzył mi się ciekawy wypadek. Spadłem z piętrowego łóżka. Szczęśliwie, mimo że wyglądałem fatalnie, nic się poważnego nie stało. Akurat rzecz działa się w dniu wyjazdu z Braszowa do Busteni. Nasza gospodyni, Flavia, przerażona, dopytywała rano, co się stało. A ja jej, że z łóżka spadłem, że zapomniałem, że śpię na górze, a budzik w telefonie (na dole) dzwonił. Po czym dopytuje, co dzisiaj będziemy czynić. Ja jej, że idziemy na dworzec. Pyta dalej – gdzie jedziesz? A ja, że nie pamiętam…
Nieco wystraszona, zapytała, czy wszystko OK. i czy wiem, gdzie jadę. Ja, że tak, wszystko OK, ale że nie pamiętam, gdzie jadę.
Biedna, uznała, że coś mi się stało. A ja po prostu nie miałem pamięci do tych wszystkich rumuńskich nazw miejscowości.

EPIZOD VI – Mama Ukraina

Po jakimś czasie należało zacząć wracać do domu (trzy dni podróży!). Tym razem porwaliśmy się na długą podróż pociągiem, ponownie do Suczawy, skąd mięliśmy autobus na Ukrainę. I tu niespodzianka, bo okazało się, ze przestał kursować. Zupełnie niespodziewanie, z dnia na dzień. Zrobiło się nieciekawie, kasy rumuńskiej mieliśmy tyle, co na autobus. A innego transportu nie było!

Na dworcu poznaliśmy dwie Polski, studentki, Agatę i Zuzkę, także jadące na Ukrainę, czyli w tej samej sytuacji były, co my. Zawsze raźniej, w cztery osoby coś kombinować. Gdy cztery osoby nie mają nic, to nawet z tego niczego coś się uzbiera.

I tak, jako, ze byliśmy bardzo głodni, to wspólnie mieliśmy suchy chleb i makaron z zupki chińskiej. Innymi słowy, nasza wspólna solidarność. Bo nawet spanie w czwórkę bezpieczniejsze jest, niż w dwójkę. I w ogóle, lepiej.

Na dworcu naszą czwórkę dostrzegła Ukrainka, zupełnie przypadkiem nas spotkała. Typ takiej dużej baby, cyc wystawny, cała w złocie, w średnim wieku. Obiecała nam pomóc w podróży na Ukrainę. Zabrała nas na parking pełen taksówkarzy. Ci rzucili się na nas, jak sepy jakieś, żądając olbrzymich pieniędzy za transport. Jak ona ich opiepszyła, jak na krzyczała na nich w naszej obronie… Później dodała tylko, że jesteśmy dzieci (na Ukrainie młodzi ludzie to zawsze dzieci, nawet w naszym wieku) – turyści z Polski i ona nas tam nie zostawi samych, żebyśmy ba ławkach spać mieli w nocy. Wzruszyło nas to jej zaangażowanie, a najbardziej, gdy dodała, że mamy nie siedzieć na betonie, bo to niezdrowo. „Mama Ukraina”

Jeśli anioły istnieją, to tak wyglądają. Dokładnie tak, jak nasza Ukrainka. Dobroć w oczach, ciepło w duszy.

W końcu załatwiła nam transport za śmieszne pieniądze. Na Ukrainę zabrali nas przemytnicy. Wpierw pojechaliśmy z nimi do jakiegoś domu, gdzie wyładowali z samochodu przemycane na Rumunię papierosy, później już na Ukrainę. Nasza „ukraińska mama” dbała o nas do samego końca. Wzruszyło nas to jej zaangażowanie, bezinteresowność. Boże, wzruszyło nas jej szczere człowieczeństwo.

W czasie drogi zaśpiewała nam kilka ruskich pieśni, było pięknie. Na imię było jej Katiusza.

Dojechaliśmy do Czerniowiec, skąd mieliśmy pociąg do Lwowa. Na drogę dała nam jabłka. Akurat to miała.

EPIZOD VII – Areszt

Cała nasza czwórka dojechała do Lwowa. Tu spotkane dziewczyny miały namiar na tani, robotniczy hotel kolejarski, w którym zamieszkaliśmy na jedną noc w niezbyt komfortowej, ale taniej czwórce, czyli w pokoju czteroosobowym.

Rano w hotelu Maciek powiedział, że mamy tylko chleb. Cóż za odmiana, dzień wcześniej mieliśmy aż chleb. Język jest mądry w swych frazesach.

Zwiedzaliśmy wspólnie miasto, za marne pieniądze organizowaliśmy sobie jedzenie, piliśmy piwo, które na Ukrainie jest tanie, słabe i smaczne i które też można spożywać w miejscu publicznym.

Nasze dwie nowe koleżanki, z wykształcenia prawie magisterki kulturoznawstwa, okazały się być bardzo wdzięczne do rozmów. Interesujące w środku, zupełnie nie czarno-białe, nieprzewidywalne, z własną historią. Zresztą, w ogóle okazały się być fajne, nasza krew, nasze rodzime sabaćki.

Gdy nastał zmierzch, poszliśmy zwiedzić miasto i nocą.
Udało się tych i owych zagadać, to i owo odwiedzić.

Niestety, Maćka zgarnęła ukraińska policja, łasa na łapówki. Oddawał mocz w parku, jak wielu innych ludzi, chodzących w nocy po Lwowie. Oczywiście tym innym nawet słowa nie powiedzieli. Jakby chociaż jakieś toalety mieli… Niestety, policja zabrała tylko jego i żądała kaski. Na początku 150 hrywien. Dodajmy, to nie był mandat. Raczej wykupne.

Kolegę zamknęli w areszcie. Cena wzrosła do 45 dolarów! Absurd.

I tu ponownie okazało się, jak wspaniali są Ukraińcy. Otóż gdy przechodzący w nocy ludzie koło komisariatu widzieli naszą trójkę pod aresztem, mnie i dwie koleżanki, to dopytywali, poco my tam, dlaczego stoimy. Po naszych wyjaśnieniach wszyscy chcieli nam pomóc. Trzy osoby nawet zrobiły zrzutę na łapówkę! I to nie małą, 300 hrywuien. Chcieli dać 300 hr, ot tak, byle tylko naszego kolegę wydostać. Ten jednak zażądał, słusznie zresztą, spotkania z konsulem i policja bała się wziąć już w łapę.

Robiło się nerwowo. Mieliśmy wizę tranzytową, czas mijał, po przekroczeniu terminu wyjazdu multum problemów na granicy z opuszczeniem kraju.

W każdym razie każdy przechodzący Ukraincy zatrzymywali się, dopytywali, a gdy już wyjaśniliśmy, co się dzieje, to próbowali pomóc. Ile to osób pukało do drzwi komisariatu i podając się za kolegę Maćka dopytywało, co i dlaczego z nim, Wzruszające.

Pomogło w tym sensie, że policja czuła na sobie presje, przekonana była, że w sprawie tego wszystkiego zrobimy wszystko.

Ponadto, pod komisariatem zrobiła się impreza. Częstowano nas alkoholem, papierosami, taka wschodnia, solidarna mentalność.

O czwartej zawinęliśmy się do domu, by o 8 wrócić i truć im dalej, Wypuścili go w końcu, bez łapówy, ze strachem, bo głośno między sobą mówiliśmy, że idziemy do konsula. Zresztą, dziewczyny na mieście już szukały konsulatu i okazało się, że naprawdę niewiele brakowało, by sprawa przybrała groźniejszy obrót. Maciek podpisał tylko oświadczenie, że nie ma pretensji w związku z parą godzinnym przetrzymaniem w areszcie.

Resztę dnia spędziliśmy na mieście rozmawiając o wydarzeniach dnia poprzedniego. Wczesnym popołudniem ruszyliśmy do Polski. Wyjazd pokazał, cóż znaczy przypadek. I szczęście.

W pociągu towarzyszył nam Grechuta i jego dni, których nie znamy. W tym powrocie było coś romantycznego….

Epilog


Rok po wróciliśmy na Ukrainę. Akurat szukaliśmy odpoczynku w Bieszczadach, a że to o rzut butelką od Lwowa, to podjechaliśmy.

Na granicy nie było tym razem pięknej Liliany, był za to celnik, obleśny. Co gorsza Maciek gdy celnik pytał, do którego miasta jedziemy, nie zrozumiał. A w sumie zrozumiał, że celnik pyta, kiedy wyjeżdżamy i z pełnym przekonaniem na katoryj gorod odpowiadał, że do poniedziałku. Uratowałem sytuację. Zamieszkaliśmy w tym samym hotelu robotniczym, w jeszcze tańszym standardzie, niż rok temu (okazało się, że nocujemy z kibolami drużyny przyjezdnej, która grała mecz z Karpatami Lwów – ukraiński akcent przy dobry wieczór opanowałem do perfekcji).


Ale czy coś się zmieniło? Niewiele, jakieś remonty fasadowe pod euro2012, nowa falista droga, kampania wyborcza, może ludzie zubożeli. Jeśli hrywna nie zleciała już nawet na łeb, to na pewno na szyję. No i wprowadzono zakaz picia alkoholu w przestrzeni publicznej. O tym akurat poinformował nas patrol policji, gdy popijaliśmy złoty trunek na promenadzie. Wyjaśnili, że już nie wolno, zapytali tylko, czy nie zaskoczyło nas, że nie widzieliśmy kogoś, kto by też pił. Maciek przytomnie powiedział, że myśleliśmy, że nikt nie pije, bo jest chłodno. Ci zrozumieli, że my piliśmy, bo jest zimno. Zalecili na tę okoliczność goriczkę, czyli naszą wódeczkę.

Rok wcześniej pewnie byśmy sypali dolarami, a na pewno by nas zgarnęli. A może trafiliśmy na dobrych ludzi?

Taka właśnie jest Ukrajina, nic pewnego, wiele rzeczy zaskakuje i kontrastuje. Ukrainę można porównać do toalety w centrum Lwowa… I nie w sensie pejoratywnym, ale pewnego procesu, który tam się odbywa. Otóż…

Robi się do dziury, ale w porcelanie. Myje się ręce w zimnej wodzie, ale suszy w suszarce na fotokomórkę. I na dobrą sprawę nie dowierzasz w to, co widzisz. Wschód z zachodem, tam się spotyka.

Taka jest właśnie Ukraina, taki jest ten nasz wschód stęskniony.


Epilog II

Obecna sytuacja na Ukrainie zastanawia. Czy Ukraina będzie? Jaka będzie? Gdzie będzie?
To specyficzny kraj. Pisałem o tym tu. I tu.
Lubię jednak ten kraj.
Z całego zamieszania wokół Ukrainy wyłania się obraz przez lata skrywany.

Państwo się chwieje. Zawsze się chwiało. Takie pozszywane. Różnorodne. Za różnorodne może...
Państwo kontrastów. Jak ta toaleta we Lwowie.

Wreszcie państwo, które nie załatwiło swoich historycznych spraw. Czy nie rozpoczęło załatwiania tegoż. Kwestia nacjonalizmu. Zamiatana przez laty pod oficjalny dywan, właściwie, wprost tolerowana. Jest teraz argumentem dla Rosji i dla dużej części społeczeństwa ukraińskiego.

Z jednej strony nie mam ochoty tam jechać, bo wiem, że to już zupełnie inny kraj. Umarł pewien mit. Coś pękło. Choć i w bólach coś się narodziło. A co, czas pokaże. To już druga strona medalu. Ta, która pociąga. Za która za jakiś czas najpewniej podążę.





 Ukraina, jaką pamiętam








Łukasz Orzechowski 


wtorek, 31 grudnia 2013

Cisza przed burzą? Burza po ciszy?

W swoim czasie na Ukrainie bywałem regularnie. Wyprawy w czasie studiów miały ten urok, że rzucając wszystko tak naprawdę nie rzucało się wiele. No bo cóż mógł ryzykować student, co pozastawiał za sobą? Z tego powodu dość spontanicznie można było jechać. I zawsze ciut później, niż się planowało wrócić. Taki komfort sprzyja. Sprzyja poznaniu.

Z Łodzi do Lwowa jedzie się długo, choć po poznaniu kilku patentów jest to chociaż podróż nie tylko interesująca, co przede wszystkim – nietypowa. Daje przedsmak. Przedsmak Wschodu.

Pierwszy raz na Ukrainie byłem chyba w 2008 roku. Z pięknego Lwowa pojechałem z przyjacielem na Krym. Zabraliśmy z sobą Stepy Akermańskie, by odczytać je w dogodnym miejscu.
Tam okazało się, że powinniśmy raczej zabrać podręcznik do nauczania treści z zakresu układania i zagęszczania mieszanki betonowej, ze szczególnym uwzględnieniem pielęgnacji starego betonu. Krym okazał się być nim pokryty w niewyobrażalnej ilości. Przypuszczam, że w dawnych czasach w związku sowieckim musiał istnieć medal wylewacza betonu.

W każdym razie byliśmy bardzo naiwni.

Z czasem przyszło i poznanie. A przede wszystkim – zrozumienie. Zrozumienie tego, że nasze pojęcia, postrzeganie, nie mają zastosowania u wschodnich sąsiadów. Te subtelności, zarówno dnia codziennego, jak i w języku wielkiej polityki sprawiają, że znaczenia takie, jak demokracja, szaleństwo, miłość, czy brawura, u tak bliskich sobie narodów, niepozornie się różnią.

Od końca listopada na Majdanie w Kijowie trwają protesty. Tuż po aresztowaniu Julii Tymoszenko miałem okazję być w Kijowie. Przed aresztem, gdzie ją przetrzymywano, naprzeciw siebie stały dwie manifestacje, jedna za, druga przeciw pięknej Julii. Na zmianę skandowały hasła, były piosenki, a i pokrzykiwania się zdarzały. Jak się okazało, uczestnicy obu zgromadzeń byli opłacani. Czy wszyscy, nie wiem. Wszystko przebiegało spokojnie. Jednak na wypadek, jakby coś poszło nie tak, przecznicę dalej sznur suk milicyjnych stał 
i nadzorował sytuację. 

Ukraińska demokracja.

Moje skojarzenia, gdy po raz pierwszy zobaczyłem w TV Majdan ludzi, były oczywiste. Określone środowiska są w stanie zapłacić za określone postawy. Żywioł jednak się rozlał. Ktoś nad tym panuje? Czego oczekuje?

Przy uzależnieniu gospodarczym naszego wschodniego sąsiada od jeszcze większego ich sąsiada nie ma mowy o stowarzyszeniu Ukrainy z UE. Moskwa wspaniałomyślnie zakupiła ukraińskie obligacje. Obniżyła ceny gazu. Uzależniła tym samym Kijów od siebie. Między słowami ośmieszyła niekonkretną Unię. Na swój sposób upomniała i Janukowycza.

Można powiedzieć, że decydenci europejscy przystępując do rozmów z Kijowem wyposażyli się w zestawy Stepów Akermańskich. Negocjacje z pominięciem czynnika rosyjskiego były co najmniej naiwne. Podobne, jak postrzeganie samej Ukrainy i stosowanie do niej europejskich pojęć. To co najmniej dwa kraje - wschodnia i zachodnia Ukraina. Kraje, gdzie rządzą oligarchowie. Gdzie wciąż są żywe tendencje nacjonalistyczne, także wśród opozycji. I, jeśli się nad tym dobrze zastanowić, kraje, w których nie wiadomo, kogo popierać.

Czy obecnie mamy do czynienia z ciszą przed burzą? Nie bardzo. Już raczej z daleka pobrzmiewa burza kijowska. Unia się wycofała. Rosja ugłaskała sytuację. Janukowicz bierze na przeczekanie naród. Ten pod „Majdanem” zaczyna słabnąć. Wciąż protestuje. Organizuje się. Ale w imię czego? Cisza.

Sytuacją, w której ta cisza zwiastuje jednak burzę, to ta, w której Ukraina się dzieli, zaś ukraińskie idee wolnościowe wylewają się na Rosję. Kto na to pozwoli? Kto by skorzystał?


Pomnik Matki Ojczyzny, Ukraina, Kijów

Pomnik Matki Ojczyzny, Ukraina, Kijów



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Ni ma jak Lwów

Zamieszanie na Ukrainie przywołało we mnie wspomnienia lat studenckich. Z racji zainteresowań badawczych sporo wówczas czytałem o tym kraju, kilka razy udało się tam wybyć .

Na 4. i 5. roku studiów pisałem pracę magisterską poświęconą... łódzkim kresowiakom. Tym Polakom z kresów południowo-wschodnich, którzy wskutek różnych okoliczności, najczęściej tragicznych, znaleźli się w Łodzi. 
Tu właśnie ukonstytuował się na początku lat dziewięćdziesiątych oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, o którym napisałem pokaźną magisterkę.

Praca z Kresowiakami była zaskakująca. Masa wiedzy. Szkoła życia. Momentami ich entuzjazm zawstydzał.
Zarówno oni, jak i ja, pytaliśmy o to, co po nich, tu, w Łodzi, pozostanie. W sensie stricte materialnym niewiele. Niemniej, z tej perspektywy nie należy ich oceniać. Przedsięwzięcia, realizowane przez nich, nieraz kosztem wielu sił, zaangażowania i zdrowia, miały wymiar przede wszystkim moralny. Ratowały pamięć, były wyrazem hołdu, przejawem patriotyzmu. Budzili tym mój szacunek. Przede wszystkim, wielkim zaangażowaniem, ideą, wiarą w sens. Obecnie, zanikające chyba wartości.

Przeżyli oni trudny okres PRL, w którym temat kresów politycznie był niepoprawny. Z drugiej strony udało im się zachować dziedzictwo kresów. Mimo niesprzyjającej sytuacji politycznej przenieśli pewne wartości moralne, swoją historię. Dziś mogą mieć poczucie satysfakcji, że system, który ich tłamsił, upadł, a oni wciąż trwają. Wreszcie mają prawo do propagowania kresów, do wyjazdów w rodzinne strony, do udziału w dyskusjach poświeconych sprawom kresowym. W niewielkim stopniu jest do zadośćuczynienie moralne za poniesione krzywdy.

Dziś Kresowiaków w Łodzi jest co raz mniej. Odchodzi pewien rodzaj polskości, który tu, znalazł swoją drugą, małą ojczyznę. Bo ta pierwsza, to najczęściej Lwów. I nawet ci, którzy polubili nasze miasto, z rozrzewnieniem powiadają, że ni ma, jak Lwów.

Więcej o łódzkich kresowiakach:







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...