Minister Sikorki rzucił, że w czasie negocjacji Janukowycz zbladł. Z pewnością nie po raz pierwszy.
Sytuacja na Ukrainie jest dynamiczna. Szalenie dynamiczna. W tym tygodniu była już eskalacja konfliktu, wojna domowa, dymisja prezydenta, odwołanie dymisji prezydenta, porozumienie, a teraz – realna groźba rozpadu.
Teoretycznie nic nie zaskakuje. Wszystkie ww. czynniki były w jakimś stopniu do przewidzenia. Tylko UE zdawała się być niezorientowana, że kraj pod względem językowym, narodowościowym i politycznym jest bardzo zróżnicowany. Że jest „demokratyczny” na swój sposób też. A i że bratni wschodni sąsiad traktuje Ukrainę jako swoją strefę wpływów. Dziś Unia już wie.
Pod odrzuceniu przez Janukowycza umowy stowarzyszeniowej wszystko się zaczęło. Ale też z dużym prawdopodobieństwem, wszystko mogło się wtedy skończyć. Podpisania umowy rozwiązałoby sprawę. Niepodpisanie, ale i niewprowadzenie ustaw anty obywatelskich nie zaogniłoby konfliktu. Sytuacja nie wymknęłaby się spod kontroli tym, którzy stali za euroentuzjastami, bo szczerze wierzę, że na Ukrainie za każdą akcją stoi jakaś siła wpływów. Niemniej, mogła przyjść już cisza po burzy, jednak Janukowycz wybrał inaczej i sprowadził piekło.
Z perspektywy uderza brak wyczucia politycznego i obywatelskiego prezydenta Ukrainy. Pewnego sprytu. Nie chodzi o to, że miał działać tak, by wyjść z twarzą, bo na tym mu nie zależy, ale tak, by konkretnie załatwić sprawę i mądrze wybrnąć.
Mógł zorganizować referendum w sprawie umowy. Zyskałby na czasie, nie straciłby poparcia swoich, a przede wszystkim, mógłby wygrać.
Mógł też windować warunki stowarzyszenia i odejść od stołu, gdy te nie znalazłyby zrozumienia w oczach UE.
Mógł też wreszcie ogłosić i wyargumentować, że Rosja dała lepszą propozycję i już. Że jako ojciec narodu bierze to, co lepsze. Taka argumentacja znalazłaby wielkie grono odbiorców, którzy przytaknęliby ze zrozumieniem.
Potoczyło się jednak wszystko inaczej. W ogniu wojny znalazły się siły opozycyjne, gdzie zwykli ludzie pragnący demokracji i wolności zostali przemieszani z banderowcami, którzy wizerunkowo nie pomagają, a w przyszłości mogą zaszkodzić. Po drugiej barykady prezydent. W tle Partia Regionów i Rosja.
Uderza mnie, że impulsem do działania i decyzji Janukowicza jest myślenie iście sowieckie. Myślenie, które odnajduje inspirację oraz „motywację” w osobie Władimira Putina. Organizacja olimpiady w Soczi pokazała, że jest ono w Rosji ciągle na czasie. I na Ukrainie, jak widać, także.
Janukowycz nieraz mówił, że musi ulegać dużym wpływom – w podtekście rosyjskim. Ta zaś nie raz mówiła, że Ukraina jest w jej strefie wpływów. Do tej pory Putin oddziaływał gazem. Pośrednio i bezpośrednio – politycznie też.
Efekty takiej polityki były marne. Julia w więzieniu, jednak Unia tuż tuż. Janukowycz okazał się być za słaby, by budować sowiecką Ukrainę. Lub nawet – za mądry.
Teraz była idealna okazja, by zdestabilizować kraj. Przekonanie Janukowicza, by odrzucił umowę, trudne pewnie nie było (miliardy dolarów, gaz...), a musiało wywołać protesty. Ale ich eskalacja mogłaby być mniejsza, gdyby nie przyjęte rozwiązania. A te, są przecież budowane wg schematów rosyjskich i przez Putina inspirowane. Wywołany kryzys zniszczył Janukowicza.
Przede wszystkim jednak może doprowadzić do podziału kraju. Do przyłączenia wschodu i południa do Rosji. Lub, w przypadku takiego potoczenia się wypadków, w najlepszym wypadku do wyodrębniania drugiej, „niezależnej” Ukrainy. Ta pierwsza pozostałaby słaba gospodarczo, sfrustrowana, odwetowa...
Oczywiście, nie życzę tego Ukrainie. Oczywiście, nie można obstawiać, w obecnych realiach, że tak się wydarzy. Gdyby jednak Krym ogłosił separację, a Partia Regionów przejęła władzę na wschodzie, to wielce prawdopodobny jest taki scenariusz. Wówczas oglądalibyśmy największe dyplomatyczne zwycięstwo Putina w XXI wieku.
![]() |
| Źródło - http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Ruslangsup.PNG |
Łukasz Orzechowski

0 komentarze :
Prześlij komentarz