Demokracji na Ukrainie nie było. Z
pewnością nie takiej, jakbyśmy tego oczekiwali.
Była taka „ukraińska”. Trochę
udawana. Trochę schowana. Po cichu perspektywiczna. Na pewno i
naiwna.
Naiwna, jak nasze rozumienie tego
obszaru. Pisałem o tym tu.
W ostatni czwartek, 16 stycznia 2014
r., coś się skończyło. Lub zaczęło – zależy, z której
strony patrzeć.
Parlament Ukrainy przyjął pakiet
ustaw, które mają służyć do tłumienia opozycji.
Parlamentarzyści z Partii Regionów wraz z komunistami aprobowali
je bez wcześniejszego zaznajomienia się z nimi. Niespotykany
przykład zaufania do władzy...
Cenzura Internetu, kary dla kierowców
jeżdżących powoli w kolumnach (wyrażali w ten sposób poparcie
dla Majdanu), podawanie danych osobowych przy zakupie kart
telefonicznych, rejestrowanie pozarządowych organizacji otrzymujących środki finansowe spoza Ukrainy jako agenci zagraniczni – i wiele innych podobnych obostrzeń wprowadzonych
w życie - skutecznie rozbije „ukraińską demokrację”.
Do tej poty myślałem, że skończy
się na przeczekaniu. Że to już cisza po burzy. Dogorywanie z
pokrzykiwaniem. Tym bardziej, że coś mi podpowiadało, że i za
opozycją ktoś stoi – jakaś grupa interesu, której wypadki
wymknęły się spod kontroli.
Władze ukraińskie wprowadzając nowe
prawo odsłoniły karty. Z pewnością nie boją się opinii
międzynarodowej. Groźby zarzucenie wszelkich szans na integrację
z UE także. Nie boją się też swojego narodu. Ani podziału kraju.
Choć ewidentnie boją się o władzę.
To histeryczna decyzja. I historyczna.
Niby przejawia ukraińskie - państwowe myślenie na przyszłość.
Choć ta przyszłość tak budowana wydaje się być jednak bez
myślenia.
0 komentarze :
Prześlij komentarz