Zamieszanie na Ukrainie przywołało we mnie wspomnienia lat studenckich. Z racji zainteresowań badawczych sporo wówczas czytałem o tym kraju, kilka razy udało się tam wybyć .
Na 4. i 5. roku studiów pisałem pracę magisterską poświęconą... łódzkim kresowiakom. Tym Polakom z kresów południowo-wschodnich, którzy wskutek różnych okoliczności, najczęściej tragicznych, znaleźli się w Łodzi.
Tu właśnie ukonstytuował się na początku lat dziewięćdziesiątych oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, o którym napisałem pokaźną magisterkę.
Praca z Kresowiakami była zaskakująca. Masa wiedzy. Szkoła życia. Momentami ich entuzjazm zawstydzał.
Zarówno oni, jak i ja, pytaliśmy o to, co po nich, tu, w Łodzi, pozostanie. W sensie stricte materialnym niewiele. Niemniej, z tej perspektywy nie należy ich oceniać. Przedsięwzięcia, realizowane przez nich, nieraz kosztem wielu sił, zaangażowania i zdrowia, miały wymiar przede wszystkim moralny. Ratowały pamięć, były wyrazem hołdu, przejawem patriotyzmu. Budzili tym mój szacunek. Przede wszystkim, wielkim zaangażowaniem, ideą, wiarą w sens. Obecnie, zanikające chyba wartości.
Przeżyli oni trudny okres PRL, w którym temat kresów politycznie był niepoprawny. Z drugiej strony udało im się zachować dziedzictwo kresów. Mimo niesprzyjającej sytuacji politycznej przenieśli pewne wartości moralne, swoją historię. Dziś mogą mieć poczucie satysfakcji, że system, który ich tłamsił, upadł, a oni wciąż trwają. Wreszcie mają prawo do propagowania kresów, do wyjazdów w rodzinne strony, do udziału w dyskusjach poświeconych sprawom kresowym. W niewielkim stopniu jest do zadośćuczynienie moralne za poniesione krzywdy.
Dziś Kresowiaków w Łodzi jest co raz mniej. Odchodzi pewien rodzaj polskości, który tu, znalazł swoją drugą, małą ojczyznę. Bo ta pierwsza, to najczęściej Lwów. I nawet ci, którzy polubili nasze miasto, z rozrzewnieniem powiadają, że ni ma, jak Lwów.
Na 4. i 5. roku studiów pisałem pracę magisterską poświęconą... łódzkim kresowiakom. Tym Polakom z kresów południowo-wschodnich, którzy wskutek różnych okoliczności, najczęściej tragicznych, znaleźli się w Łodzi.
Tu właśnie ukonstytuował się na początku lat dziewięćdziesiątych oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, o którym napisałem pokaźną magisterkę.
Praca z Kresowiakami była zaskakująca. Masa wiedzy. Szkoła życia. Momentami ich entuzjazm zawstydzał.
Zarówno oni, jak i ja, pytaliśmy o to, co po nich, tu, w Łodzi, pozostanie. W sensie stricte materialnym niewiele. Niemniej, z tej perspektywy nie należy ich oceniać. Przedsięwzięcia, realizowane przez nich, nieraz kosztem wielu sił, zaangażowania i zdrowia, miały wymiar przede wszystkim moralny. Ratowały pamięć, były wyrazem hołdu, przejawem patriotyzmu. Budzili tym mój szacunek. Przede wszystkim, wielkim zaangażowaniem, ideą, wiarą w sens. Obecnie, zanikające chyba wartości.
Przeżyli oni trudny okres PRL, w którym temat kresów politycznie był niepoprawny. Z drugiej strony udało im się zachować dziedzictwo kresów. Mimo niesprzyjającej sytuacji politycznej przenieśli pewne wartości moralne, swoją historię. Dziś mogą mieć poczucie satysfakcji, że system, który ich tłamsił, upadł, a oni wciąż trwają. Wreszcie mają prawo do propagowania kresów, do wyjazdów w rodzinne strony, do udziału w dyskusjach poświeconych sprawom kresowym. W niewielkim stopniu jest do zadośćuczynienie moralne za poniesione krzywdy.
Dziś Kresowiaków w Łodzi jest co raz mniej. Odchodzi pewien rodzaj polskości, który tu, znalazł swoją drugą, małą ojczyznę. Bo ta pierwsza, to najczęściej Lwów. I nawet ci, którzy polubili nasze miasto, z rozrzewnieniem powiadają, że ni ma, jak Lwów.
Więcej o łódzkich kresowiakach:

I co Ci poczciwi Kresowiacy mowia,mysla teraz gdy sledza ostatnie wydarzenia na Ukrainie?
OdpowiedzUsuń